Stał z boku, ale był jedną z najważniejszych aktorów tego dramatu. Do tej pory pozostaje między młotem a kowadłem. Obrazowo opisując: „młotem” niech będzie Artur Lewandowski, „kowadłem” – władze miasta. Absolutnie niezręcznie byłoby mu zwalić winę na jedną lub drugą stronę. Po raz n-ty przeżył wielkie rozczarowanie, ale do końca zachowuje poziom. Zapytaliśmy go wprost: kto za tę sytuację ponosi winę? Odpowiedział, że wszyscy po trochę. To tak jak z wypadkiem lotniczym. Jeśli dochodzi do katastrofy, nie zawodzi tylko jeden element.
– Nie da się minionego sezonu jednoznacznie ocenić. Bo ani nie możemy być z niego zadowoleni, nie możemy także niezadowoleni, bo zachowaliśmy byt. To tak specyficzna liga, tak specyficzne reguły nią rządzą, że trudno powiedzieć, w którym miejscu jej byliśmy. Mieliśmy zbyt wielu zawodników, dla których chcieliśmy do tej ligi awansować. Bo tylko tak ci mogliby się rozwijać. Tylko tak mogli odgrywać tak ważne role w tym zespole. Poprzeczka została jednak bardzo wysoko zawieszona. Spodziewaliśmy się, że na początku będziemy walczyć sami ze sobą. Kiedy wygraliśmy u siebie z Radomiem, odetchnąłem. Nie dlatego, że wygraliśmy, ale dlatego, że dobrze funkcjonowaliśmy. Wydawało się mi, że frycowe już zapłaciliśmy. W pewnym momencie ósemka była na wyciągnięcie ręki. Potem jednak przyszła kontuzja Ediego i wszystko się zaczęło sypać. Presja zaczęła rosnąć, a chłopcy wciąż potrzebowali czasu. Dostaliśmy kolejny cios w plecy w postacie kontuzji Rafała i Kacpra. Zostaliśmy z jednym CJ-em. Oczywiście można było zbudować ten zespół inaczej, ale nie taki był nasz cel. W ciągu dwóch lat doszliśmy do poziomu ośrodków, które można policzyć na palcach jednej ręki. Czyli takich, które mają i pierwszą, i drugą seniorską ligę.
– Nazwiska nie mają teraz znaczenia. Celem było danie nowemu zespołowi doświadczenia. Przyznaję szczerze, że nie zdawałem sobie sprawy, przystępując do rozgrywek, jak ogromną rolę odgrywają w tej lidze ludzie, których śmiało możemy nazywać weteranami. Średnia pierwszej piątki Górnika Wałbrzych wynosiła około 35 lat. W każdym innymi zespole byli goście, mający po 35 lat. Gdyby ich pozbawić tych koszykarzy, nie byłoby tak kolorowo. To mnie bardzo zaskoczyło, takiego kogoś nie mieliśmy, niestety. Chcieliśmy udawać, że doświadczenie zespół dostanie od Michała Chraboty i Kacpra Majki, ale się nie udało. Teraz można gdybać, o ile łatwiej miałby Max, gdyby miał obok siebie starego wyjadacza. O ile łatwiej i więcej miejsca do penetracji miałby Maciek, gdyby miał obok siebie rutyniarza. I tak dalej…
– Nie. Nie wiem, czy słowo rozgoryczony byłoby też adekwatne i właściwe. Tak mógłbym powiedzieć, gdybym nie robił tego wszystkiego razem z Arturem. Od samego początku. Kiedy w Polonii Przemyśl powiedziano mi, że nie chcą mnie i moich grup młodzieżowych, a zewsząd słyszałem, że w Przemyślu się nie da, wymyśliłem te swoje Niedźwiadki i że będę wszystko robił po swojemu. Ogrom spraw oparło się o moją przyjaźń z Andrzejem Pichurem, który bardzo mi pomógł finansowo. No i oczywiście o rodziców tych chłopców, bez których nie udałoby się tego zrobić. Na końcu tej drogi było mistrzostwo Polski juniorów bez jednej poniesionej porażki w rozgrywkach oraz awans do drugiej ligi seniorów. Uznałem wówczas, że nikomu nic nie muszę udowadniać, że nie muszą tłumaczyć, że w Przemyślu się jednak da. Ale, niestety, byłem zmuszony oddać cały zespół w świat, bo nie było zainteresowania nim. To był moment, w którym postanowiłem zakończyć własny sen o potędze basketu w Przemyślu[paywall].
– To prawda. Tylko przez moment się przed tym broniłem. Pojawił się Artur i ogień rozpalił jego entuzjazm. Wkręcił mnie w koszykówkę. Od początku wiedziałem, jaki jest cel Artura, jakiego chce finału. Wstrzymywałem go przez budowaniem dream teamu, zachęcając do założenia najpierw akademii. On wbijał mi do głowy, że projekt Niedźwiadki ma nas obu przeżyć. Ma przetrwać! To miało być na lata. Robił to tak szczerze, tak bezinteresownie, tak entuzjastycznie, że ja nigdy taki nie byłem. Wiedziałem jednak także, że jeśli zobaczy, iż jest to niemożliwe, że będą mu rzucane kłody pod nogi, skończy się to szybciej niż się zaczęło.
– Artur jako człowiek jest zerojedynkowy. Jak w coś wierzy, w swoich emocjach idzie w ogień. Trzeba go w tym hamować. Odda za to wszystko co ma. Ja taki nie jestem. Staram się, na ile potrafię, analizować pewne rzeczy na chłodno. A że to jest Przemyśl, a że są pewne zasady regulujące choćby funkcjonowanie samorządów lokalnych. Artur tego nie przyjmuje do siebie. Jest niezależny. Długo mu się przyglądałem i stwierdziłem, że on po prostu żyje inaczej. Niczego przed nikim nie musi udawać. Ja muszę udawać w Przemyślu, że mam cień pojęcia o koszykówce. On powie jak jest. Jeśli przestaje wierzyć, jest koniec. Nie ma nic pośrodku. Widziałem po nim, że stracił wiarę, iż to co sobie wymarzył, w Przemyślu jest niemożliwe do zrealizowania.
– Nie wiem. Przez te trzy lata działał tak, jak ja wcześniej, przez lat dwanaście. Czyli na zasadzie: dobra, ja to zrobię! Pokażę, że jest to możliwe. Ale w którymś momencie potrzebował pomocy. Tak jak ja… Co otrzymał? W zasadzie nic. Ktoś uznał, że jak do tej pory sobie znakomicie radziłeś, poradzisz sobie dalej.
– Oczywiście, że mają absolutne prawo mieć i czuć żal! Trudno, żeby nad tak fajnie rozwijającym się i szybko zwiniętym projektem przejść ot tak sobie. Pretensje… Jest mi bardzo ciężko używać słów typu pretensje czy bycie oszukanym, kiedy wiem, że za wszystkim co się działo, stały prywatne pieniądze. Być może to mój błąd, że mam zbyt wiele szacunku dla pieniędzy, zwłaszcza czyiś. W tym wypadku wygląda to tak, że używając podobnych słów, chcemy zmusić kogoś, aby nadal wszystko finansował sam, ze swoich, prywatnych pieniędzy.
– Bardzo długo ta myśl przechodziła mi przez głowę. Powiem więcej: wcale nie chciała z głowy wyjść. Pracowaliśmy tak, aby dokładnie, co do tygodnia, a nawet dnia, zrealizować postawione cele. Aby to trwało, aby osiągnięte cele dawały nadzieję na lepsze czasy, na nie ciągłe wydawanie prywatnych pieniędzy. Jedyną osobą, która mnie uspokajała był Artur. Miałem przeczucie, że w Przemyślu bardzo szybko wszyscy dojdą do wniosku, że wcale nie trzeba się dokładać, pomagać, wspierać, bo… Artur wszystko ogarnie sam!
– To było bardzo ryzykowne i ja się do tego przyznaję. To jest ta część Artura, kiedy działa na emocjach. Podchodzi do wszystkiego na wielkim entuzjazmie. W ciągu tych trzech lat wydarzyło się tak dużo historii, tyle mieliśmy pracy, że jeśli chodzi o szczegóły finansowania całości, tak naprawdę niewiele wiem. Wiem, że dla niektórych może się to wydawać dziwne, ale tak było w istocie. Wielokrotnie powtarzałem Arturowi, iż jest wielka potrzeba budowania grupy sponsorskiej. Co mam teraz powiedzieć? Wiem, że Artur wiele razy się spotykał z potencjalnymi sponsorami. Na ich prośby. Potem o tym opowiadał. Okazało się, że kiedy po wielogodzinnych rozmowach rzucił kwotę tysiąca złotych miesięcznie, rozmówcy już potem się nie odezwali. Tym bardzo szybko się zniechęcał, mówiąc, iż woli już to zrobić sam... Nie powiem, że taka postawa była dobra.
– Nasze miasto jest biedne. Z jednej strony wiem, że zwiększa się budżet na sport, ale z drugiej strony, patrząc na inne miasta na Podkarpaciu, te kwoty są śmiesznie małe. Nie oszukujmy się! Moja ocena nie może znowu być jednoznaczna. Dofinansowanie, na które stać miasto w ciągu sezonu, było dla nas praktycznie bez znaczenia. Było w stanie pokryć transport na mecze ligowe. Dużo ważniejszym byłoby tworzenie środowiska, atmosfery dla sportu, wsparcie przy rozmowach z podmiotami biznesowymi. Od kogo mamy wymagać wiarygodności jak nie od władz miasta? Nie każdy żyje koszykówką, ale każdy wie, kim jest prezydent miasta. Jak to wyglądało, najlepiej wie Artur. Niech się wypowie. Moim zdaniem: nie wyglądało to dobrze. Wcale nie wyglądało. Miasto, wbrew pozorom, ma jednak spore możliwości pomocy sportowym grupom. Jeżeli jesteśmy biedni i nie mamy pieniędzy, aby pomagać milionami, są inne sposoby. Chodzi o to, aby traktować te klubu jak swoje, a nie jak klub na przykład Lewandowskiego. Sposobem jest choćby dostępność do infrastruktury sportowej. Jest choćby opłacenie przyjezdnym chłopakom internat. Za wszystko kluby muszą miastu płacić. To nie jest normalne. Gdyby nie Mariusz Zamirski w drugim liceum czy Małgorzata Kozaczenko w SP 14, ludzie, którzy czują sport, koszykówki na żadnym poziomie w tym mieście by nie było. Powiem tak: myśmy na halę sportową, organizację meczów domowych i opłaty za sędziów wydali więcej niż przez rok otrzymaliśmy dofinansowania z miasta. O czym więc rozmawiamy?
– Zespół został zgłoszony na licencji, której właścicielem jest Artur. Dał nam ją. Robimy to, bo chcemy powiedzieć miastu: sprawdzam! Co realnie będziemy w stanie z tym zrobić? Sytuacja jest bardzo trudna. Jest środek roku budżetowego, więc jakakolwiek finansowa pomoc ze strony miasta może przyjść po nowym roku. Znowu więc oprze się to o szaleństwo, które robię przez całe życie. Przetrwać do końca roku! Mamy kilku przyjaciół, którzy deklarują, że pomogą przetrwać. Jeśli się to uda i w nowym roku okaże się, że faktycznie komukolwiek w mieście na tym zależy, możemy wtedy realnie powiedzieć po co to robimy i dla kogo. Spróbujemy przez rok, dwa zbudować taką strukturę, jaką ma w Przemyślu futsal, który jest dla mnie wzorem. Czego mogą oczekiwać kibice? Na dzisiaj mogę im powiedzieć tylko tyle: właśnie dostaliśmy ostatnią szansę. Nikt nikomu nigdy nie powiedział ani obiecał, że miastu należy się jakakolwiek koszykówka. Jeśli to doświadczenie, jakie dostaliśmy przez trzy ostatnie lata, znowu nikogo nic nie nauczy, to już nigdy nie nauczy. Nigdy nie uzurpowałem sobie prawa, że ligowa koszykówka w Przemyślu ma być związana z moimi Niedźwiadkami. Nie jest żadnym przypadkiem, że jakiś czas temu z walki z wiatrakami zrezygnował Krzysiek Młot, nie jest przypadkiem, że zrezygnowałem po mistrzostwie Polski juniorów i ja. Jakakolwiek postawa roszczeniowa może nas tylko i wyłącznie ośmieszyć.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Miasto w osobach prezydenta, szefa rady miasta i wiveprezydentów pomagają tylko sobie. Wiedzą jak robić biznesy własne na majątku miasta.
Miasto w osobach prezydenta, szefa rady miasta i wiveprezydentów pomagają tylko sobie. Wiedzą jak robić biznesy własne na majątku miasta.