Wprawdzie do wyborów parlamentarnych mamy jeszcze rok, ale kampania wyborcza, choć nieogłoszona jeszcze oficjalnie, trwa w najlepsze i z dnia na dzień robi się coraz bardziej brutalna. Spin doktorzy pracujący dla polityków dwoją się i troją, żeby poprzez media i akcje społeczne podnieść ich poparcie. Wszystkie chwyty dozwolone.
W ubiegłą sobotę prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński odwiedził (niektórzy mówią nawiedził) Przemyśl.
Niestety nie było mi dane znaleźć się na liście uprawnionych do spotkania z prezesem, ale spędziłem dwie godziny obok Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej, w którym odbywało się spotkanie.
Siąpiący deszcz nie przeszkodził „totalnej” opozycji, która w liczbie około trzydziestu osób zamanifestowała swoje poglądy. Gwizdki, syreny, na transparentach znane już hasła obiecujące „siedzenie” Penelopie i prezesowi oraz poprawiony już na wyższy wskaźnik inflacji.
Dziennikarz TVN przepytywał ludzi, którzy wyliczali całe zło, jakie Polsce za swoich rządów uczynił PiS. Nie było żadnej sensacji ani zadymy. O tym, co działo się w muzeum, wiem tylko z medialnych przekazów.
Prezes Kaczyński, którego prowadzący przez pomyłkę przedstawił jako premiera, mówił o tym, że mamy w naszym kraju „partię polską” i „partię niemiecką”, o planach poprawy w służbie zdrowia. Tradycyjnie dostało się też Tuskowi.
Prezes nie omieszkał wbić szpili pewnemu aktorowi, który miał 0,7 promila. W relacjach filmowych i na zdjęciach widziałem zadowolone twarze uczestników tego spotkania, z których wielu znam.
Ci z „totalnej” opozycji protestujący pod muzeum, śpiewając „okolicznościowe przyśpiewki”, też mieli uśmiechnięte twarze. Zastanawiam się, o co tu chodzi? Po co ten teatr?
Najprostsza odpowiedź powinna brzmieć – po to, żeby przekonać do swoich racji i zdyskredytować oraz zohydzić przeciwników. No dobrze, ponoć tak się robi w każdej kampanii.
Tylko kogo chciał przekonać prezes, skoro na sali byli tylko wyselekcjonowani, już dawno przekonani do jego racji. Podobnie było na zewnątrz. Hasła głoszone przez przekonaną już przecież opozycję docierały do nielicznej garstki osób, które przyszły przypadkowo, bo coś się dzieje i do policjantów pilnujących, żeby nie doszło do jakichś ekscesów.
Nie jestem politologiem ani socjologiem, ale wydaje mi się, że i jedni, i drudzy przekonujący marnowali czas, przekonując samych siebie. No cóż, może tak wygląda polityka.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze