Przedwojenny i dzisiejszy Przemyśl to dwa różne światy. Miasto w minionym czasie było niezwykle gwarne, wesołe, tętniące życiem. Było małym Neapolem. Jak jest dzisiaj – każdy to widzi. Tytułowy temat dotyczy tylko jednego, wąskiego zakresu ówczesnej rzeczywistości, i to przedstawiony został w sposób wybiórczy.

Hotel Royal (pasaż Gansa), a w nim restauracja, kawiarnia Grand Stiebera. Obiekt mieścił się naprzeciw dworca kolejoweg.
Reprezentacyjny gmach Hotelu Royal powstał w pierwszej połowie XIX wieku i znajdował się naprzeciw dworca kolejowego. Potem zamiennie nazywano go też pasażem Gansa – od nazwiska jego właściciela i budowniczego Israela Gansa. W całym obiekcie, oprócz pasażu (z fr. passage – przejście, kryte przejście, galeria handlowa biegnąca poprzez budynek), znajdowały się: księgarnia, hotel oraz restauracja i kawiarnia Stiebera. W 1918 roku monarchia austro-węgierska przestała istnieć. W gmachu zaistniał już Grand Hotel Mojżesza Sojfera. W pasażu znajdowała się również kawiarnia Roma i restauracja o tej samej nazwie.
W okresie międzywojennym istniało w Przemyślu ponad 60 restauracji, knajp, barów i zwykłych garkuchni. W pasażu Gansa (cały gmach) mieściła się w latach trzydziestych XX wieku wysokiej klasy restauracja Rudolfa Voise – Roma (plac Legionów 7). Tam bawiła się śmietanka, w przybytku tym jadano ostrygi, homary, filety kuropatwy i inne potrawy, a alkohole osiągały wysoką cenę. Można tu było przepuścić w jeden wieczór nawet ówczesnych tysiąc złotych (dziś 2 – 3 pensje urzędnika). Smoking, a przynajmniej czarny garnitur, był obowiązkowy. A kelnerzy! Muszka, wiecznie uprzejmy uśmiech stanowiły nieodłączne atrybuty. Droga do tego zawodu wiodła obowiązkowo przez stanowiska piccolo.
Trzy razy w tygodniu w restauracji Roma odbywały się fajfy, czyli całonocne tańce z udziałem zawodowej tancerki, która – jeżeli życzyli sobie klienci – musiała kilka razy w ciągu wieczora zmieniać strój. Poza tańcem nic od niej żądać nie było można i niczego się spodziewać, w przeciwieństwie do partnerek z restauracji i domu publicznego Dziunia (mieścił się opodal tartaku Michała Bystrzyckiego przy ul. Iwaszkiewicza 13). Co miesiąc lokal sprowadzał inną tancerkę ze Lwowa, Warszawy lub Krakowa. Kobiety rzadko odwiedzały restauracje. Wyjątek stanowiły lokale wyższej kategorii.

Jadłodajnie: Anna Figlarewicz (Targowica), Władysław Kucharski (Jagiellońska 6), Katarzyna Skotnicka (Budka na Targowicy), Felicja Szydmańska (plac Zgody), Mikołaj Szczerba (budka na Targowicy), Maria Wydrowa (budka na Targowicy).
Istniało w mieście kilka dobrych kawiarni. Wśród nich prym wiodły: Rosiewicz (m.in. z uwagi na eleganckie wyposażenie) i Zarazka na Zasaniu (wspaniałe ciastka przy placu Konstytucji 6), kawiarnia Grand przy ul. Mickiewicza 5 oraz o tej samej nazwie w pasażu Gansa, w której spotykali się przedstawiciele części przemyskiej inteligencji. Starano się tam kontynuować tradycje sprzed I wojny światowej. Niektóre zakłady prowadziły – oprócz muzyki – działalność rozrywkową. Posiadały bilardy, a nawet kręgle (restauracja przy ul. Grunwaldzkiej). Stawką były kolejki wódek lub piwa – kto przegrywał, ten stawiał. Zarabiał zawsze restaurator.
Niektóre knajpy nazwano od nazwiska właścicieli, np.: Frycowa (pl. Konstytucji 5) i Skubisz na Zasaniu, Baran koło stacji, Maksym przy Mickiewicza, Lamczyk przy Kościuszki. W gorszych spelunkach panował brud i często dochodziło do awantur. Bywało, że szły w ruch noże.
Słynne było np. w latach trzydziestych zabójstwo awanturnika Dziunka Kiebusa przez w niczym mu nieustępującego Kiełta. Ten ostatni siedział w więzieniu bardzo krótko, ponieważ zgładzenie Kiebusa było na rękę policji. Miała ona z nim wiele kłopotów, gdy się upił, musiało go uspokajać przynajmniej pięciu posterunkowych – chłop był silny jak mało kto. Jego popisowym numerem było unoszenie w zębach stolika, na którym stał antałek i pełne kufle piwa. Zdarzali się tacy, którzy dla zakładu potrafili unieść 10 razy w górę stulitrową bekę. Do takiej klienteli kelnerzy musieli mieć porządną krzepę.
Dzieje przemyskich knajp to historia bogata w pikantne anegdoty. Przy ul. Jagiellońskiej przed I wojną światową mieściła się zwykła knajpa, prowadzona przez Izraelitę. W wyszynku stała beczka okowity z przymocowanymi do niej łańcuchami kwaterką i półkwaterką. Wódka była mocna, 70-procentowa, i śmierdziała jak każda gorzelnianka, lecz mimo to jej amatorów nie brakowało. Płaciło się Żydowi należność i piło garnuszkiem.
Pewnego razu wszedł do wyszynku miejski cwaniak, rad, by się napić, ale nie miał za co. Patrzy łakomie, miętosi w ręku bułkę i niby niechcący upuszcza ją do beczki. Właściciel w krzyk: – Nu, cóż ty do cholery robisz! Cwaniaczek przeprasza i usiłuje niemrawo chwycić bułkę w dłoń. Kiedy wreszcie ją wyciągnął, okowita z niej kapała niczym sok z wiosennego pąka – pół kwaterki trunku w niej siedziało. Był czas, że przekąskę do okowity stanowiły kawałki głowy cukru tłuczonej w specjalnych dębowych szufladach. Ponoć jedno i drugie krzepiło!
Do Murowanki w Ostrowie (wieś podprzemyska) zjeżdżali bryczkami właściciele ziemscy. Z okolicznych posiadłości przez środek budynku prowadził przejazd, w który z powodzeniem mogła wjechać nawet karoca. Podróżny, nie wysiadając z powozu, wypijał podany trunek i jechał dalej.

Między restauratorami panowała konkurencja. Nierzadko właściciel zakładu stawał w drzwiach i zapraszał gości do wnętrza, oferując, co miał najlepszego i w czym się specjalizował. Do Szneidera na ulicę Słowackiego chodziło się na wyroby z drobiu, czyli na tzw. żydowską wędlinę; do Herszka na pierogi, do restauracji pod Trzema Dzwonami – „na śledzia o cholewę”; Brelik w Barze Pod Wieżą (Władycze) oferował gęsie pipki i pikle; do knajpy Leufera (koło placu Rybiego), do której zachodziły handlarki i gospodynie, chodziło się na „porynkowe śniadanko”. Tam bywali też mężczyźni na tzw. litkupie (przypieczętowanie umowy kupna – sprzedaży, najczęściej w formie poczęstunku alkoholem), tj. jeden kupił, drugi sprzedał, należało oblać.
Oto niektóre wybrane lokale. W znanej restauracji Józefa Krupy (plac Legionów 9) zasiadali kolejarze i średnio zamożni obywatele, którym smakowała wódka i specjalność zakładu – flaczki. Bar Mieszczański Aleksandra Lulo (Słowackiego 12) oferował pyszny schab; Morskie Oko Michała Maczugi (3 Maja 39) – ryby w różnej postaci; Jadłodajnia Podtatrzańska Stanisława Dygola (Słowackiego 47) – soczyste golonki; a Ziemiańska Anny Olszanickiej – kiszkę smażoną i kiełbasę z rożna.
Lokal Polonii Stanisława Marszałka mieścił się na placu Na Bramie 8 (po wojnie funkcjonował jeszcze przez wiele dziesięcioleci). Tam serwowano bardzo dobre posiłki i różne alkohole. Dansingi odbywały się cztery razy w tygodniu, bo wieczorem grała orkiestra. Do Piekiełka, które mieściło się legalnie w piwnicach Polonii, szły pary zakochanych i… kochanków. Tam gwarantowano tajemnicę i zgodnie z tym niechętnie puszczano samotne kobiety w obawie, że mogą to być zazdrosne żony poszukujące tu niewiernych mężów. Tam się działo… aż do samego ranka.
Właściciele: Julia Bandrowicz (Wodna 1), Jan Cekada (Grunwaldzka 3), Franciszka Glińska (Jagiellońska 11), Piotr Gocko (Iwaszkiewicza 9), Jan Kozioł (Grunwaldzka 24), Janina Królikowska (Mickiewicza 20), Władysława Kucharska (Jagiellonska 6), Franciszek Michaliszyn (plac Konstytucji).

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Obecnie odradzam restaurację w piwnicach wilii na rogu ul.Okrzei i św.Jana,kiepskie miejsce,kiepskie jedzenie kiepsko podane. Nigdy więcej.
Czy nie pomylił Pan nazwiska"Kiebuz"?Znałem jego brata i żone,którzy mieszkali na Krzemiencu i zawsze nazywali sie Giebuz.Faktem jest ,ze zabił go nozem Kiełt w bramie na rynku gdzie był Pewex,a Giebuz szadł do domu na Krzemieniec gdzie mieszkał bo zwykle jezdził dorozką. Ciekawe historie
Obecnie odradzam restaurację w piwnicach wilii na rogu ul.Okrzei i św.Jana,kiepskie miejsce,kiepskie jedzenie kiepsko podane. Nigdy więcej.
Czy nie pomylił Pan nazwiska"Kiebuz"?Znałem jego brata i żone,którzy mieszkali na Krzemiencu i zawsze nazywali sie Giebuz.Faktem jest ,ze zabił go nozem Kiełt w bramie na rynku gdzie był Pewex,a Giebuz szadł do domu na Krzemieniec gdzie mieszkał bo zwykle jezdził dorozką. Ciekawe historie