W galerii „Zamek” czynna jest ciekawa wystawa malarstwa Mariczki Hrehorijczuk, która od 15 lat mieszka w Przemyślu. Autorka od zawsze zafascynowana była malarstwem, muzyką oraz tańcem i te trzy rodzaje sztuki przeplatają się w jej twórczości. Na wernisażu swojej wystawy Mariczka zatańczyła własną etiudę Odkrywanie kolorów, która nawiązywała do prezentowanych obrazów.
Podczas wernisażu powiedziałaś, że dotarłaś w swoim życiu do punktu, w którym trzy strumienie, czyli muzyka, malarstwo i taniec, zlały się i popłynęły jednym korytem. Opowiedz, jak to się stało.
– Wyrosłam we Lwowie, w pracowni mojego taty Petro Hrehorijczuka, który był malarzem. Tato studiował w Krakowie oraz w Warszawie u profesora Tadeusza Pruszkowskiego i kiedy malował, dawał mi kartkę papieru, żebym też malowała. Kiedy miałam sześć lat, chodziłam na balet, a potem poszłam do szkoły muzycznej, ale nauczycielka zobaczyła, że mam zdolności i namówiła rodziców, żeby[paywall] przenieśli mnie do dziesięcioletniej szkoły muzycznej dla dzieci uzdolnionych. W tym okresie pod okiem taty też cały czas malowałam. Kiedy kończyłam szkołę, byłam na rozdrożu, czy kształcić się w kierunku plastycznym, czy muzycznym. Wybrałam to drugie i skończyłam Lwowską Akademię Muzyczną. To był rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci.
Ale nie porzuciłaś malowania?
– Nie. Chciałam je studiować. We Lwowie nie było wtedy Akademii Sztuk Pięknych, więc wzięłam swoje prace i poszłam do Ukraińskiego Instytutu Poligraficznego, gdzie też kształcili w rysunku i grafice. Popatrzyli na moje obrazy, pochwalili, ale powiedzieli, że skoro już skończyłam akademię muzyczną i mam zawód, to nie mogę dalej studiować. Nawet zaocznie, bo musiałabym pracować w tym zawodzie. W ten sposób nie skończyłam żadnych studiów malarskich, ale nie przestałam malować.
A kiedy zaczęła się twoja przygoda z tańcem?
– Kiedy kończyłam szkołę muzyczną, młodsza siostra namówiła mnie, żebyśmy razem chodziły na tańce. Zawsze uwielbiałam balet i kiedy poszłam, wsiąkłam w taniec. Wtedy zaczęła się moja kariera taneczna. Jeździłam do Polski na kursy tańca, do Olsztyna, bo tam Wojciech Krzemieniecki i inni mistrzowie tańca prowadzili prestiżową szkołę tańca. Tam poznałam napływające z Zachodu nowinki. Nauka tańca była bardzo droga, więc zarabiałam malowaniem. Kiedyś wracałam do Lwowa i zabrakło mi pieniędzy na bilet, więc niewiele myśląc, poszłam na przemyski bazar na stadionie i za pieniądze malowałam ludziom portrety. Potem częściej zaczęłam przyjeżdżać do Przemyśla, żeby zarabiać malowaniem i mieć pieniądze na stroje i naukę tańca. W końcu razem z partnerem zostaliśmy mistrzami Ukrainy w tańcach latynoamerykańskich. Później uzyskałam licencję sędziego i pracowałam jako nauczyciel, ale ostatecznie zwyciężyło malarstwo.
Podobno przez malarstwo poznałaś też swojego męża?
– Kiedyś siedziałam ze sztalugami na rogu Franciszkańskiej i pewien pan zainteresował się tym, co maluję. Zaczęliśmy rozmawiać i dzisiaj jesteśmy małżeństwem.
Dziękuję za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze