Reklama

Skandal w szpitalu. Wcześniak na granicy życia i śmierci

– Przez trzy dni mojemu dwutygodniowemu dziecku podali tylko jakieś środki przeciwbólowe i kroplówkę, choć w kale był śluz i krew. Mimo że miał brzuszek wydęty do granic możliwości, nikt nie zrobił nawet badania USG. Kiedy wreszcie pozbyto się go ze szpitala w Przemyślu i zawieziono do szpitala w Rzeszowie, z miejsca trafił na blok operacyjny. Miał zapalenie otrzewnej, wycięli mu kawałek martwego jelita. Już do końca życia będzie przez to cierpiał – ze łzami w oczach opowiada o sytuacji z jaką spotkał się w Wojewódzkim Szpitalu im. św. Ojca Pio w Przemyślu mieszkaniec Radymna Krzysztof Kucharski.

Piątek, 20 maja br. Wcześniak z ciąży bliźniaczej państwa Kucharskich, urodzony w 36. tygodniu, od samego rana był bardzo niespokojny. Miał wzdęty brzuszek, nie mógł oddać kału, płakał. Państwo Kucharscy, mieszkający w Radymnie, skontaktowali się z miejscową przychodnią. Tam usłyszeli, że to może być kolka, więc zaproponowali, aby podejść do apteki po specjalne krople. Tuż przed karmieniem żona pana Krzysztofa podała lek. Potem maluch coś zjadł. Po południu rodzice w kale niemowlaka zobaczyli śluz i krew. Reakcja była natychmiastowa. Postanowili pojechać do Wojewódzkiego Szpitala im. św. Ojca Pio w Przemyślu[paywall].

USG niepotrzebne

Krzysztofow Kucharski, ojciec 2-tygodniowego synka. – Przyjechaliśmy na SOR, przyszła pielęgniarka i skierowała nas na oddział chirurgii dziecięcej. Na dyżurze była pani doktor. Zleciła badania krwi, moczu, mówiąc że wyniki będą późnym wieczorem. Maluch trafił na salę chorych. Została z nim żona. W sobotę rano żona zadzwoniła do mnie z płaczem, że przez całą noc dziecko ogromnie cierpiało. Cały czas przeleżało jej na klatce piersiowej. Próbowało się wypróżnić, ale nie mogło. Ściągnięty został lekarz pediatra. Obiecanych jeszcze w piątek wyników badań nie było. Lekarz przyszedł, omacał mu brzuszek i stwierdził, że to kolka z zaburzeniem układu pokarmowego. Synek dostał jakiś lek przeciwbólowy i kroplówkę. Po porannym obchodzie żona zapytała, czy zostaną może podjęte jakieś badania, tłumacząc że coś z małym jest nie tak. Zapytała, czy nie trzeba zrobić USG. Pani doktor powiedziała, że to nie jest potrzebne. W sobotę popołudniu przyszła na dyżur kolejna pani doktor. Dziecko zaczęło już wymiotować. W nocy z soboty na niedzielę synek dostał temperatury. Żona zgłosiła to pielęgniarkom. Dostał jakiś specyfik na zbicie temperatury. Brzuszek robił się coraz bardziej wzdęty. Jakoś z żoną przecierpieli i tą noc. W niedzielę rano dziecko miało już 38,2 stopnia gorączki. Na dyżurze był kolejny lekarz. Dowiedział się o wysokiej temperaturze, przyszedł do żony i powiedział, że przetransportują ją z maluszkiem do szpitala przy ulicy Lwowskiej w Rzeszowie. Małżonka zgodziła się. Ja także byłem już w szpitalu. Zapytał także, czy chcemy karetką pogotowia, czy na własną rękę. Powiedziałem, że oczywiście karetką, bo zawsze jest tam jakiś ratownik medyczny. Pojechałem do Rzeszowa pierwszy, w nerwach dojechałem w 40 minut. Czekałem pod izbą przyjęć kilkadziesiąt minut, a ich nie było. Zadzwoniłem do żony, która powiedziała, że są na stacji benzynowej w Kosinie, bo ambulans złapał kapcia, a panowie nie mogą odkręcić koła. Czekają na klucz od jakiegoś miejscowego, który poszedł po niego do domu. Mały całą drogę wymiotował. Temperatura rosła. Przyjechali po półtora godziny – opowiada Krzysztof Kucharski.

Reklama


fot.Mariusz Godos
Takie sytuacje jak ta, opisana przez Krzysztofa Kucharskiego z Radymna, wpływa na reputację całej Wojewódzkiego Szpitala im. św. ojca Pio w Przemyślu.

Zapalenie otrzewnej

– Synek trafił na izbę przyjęć. Błyskawicznie zlecono wszystkie badania, których wyniki były po kilkunastu minutach i natychmiastowe USG jamy brzusznej oraz rentgen. Z miejsca trafił na klinikę chirurgii dziecięcej. Pani doktor Ziemniak, patrząc na wyniki, powiedziała, że maluch jest bardzo chory i że potrzebna jest natychmiastowa operacja. Okazało się, że ma zapalenie otrzewnej. Kilkunastocentymetrowy odcinek jelita grubego był już martwy. Dodatkowo był pęknięty. To co synek zjadł od matki, wypływało przez jelito i oblepiało jamę brzuszną. Dwie godziny trwały przygotowania do operacji. Żona nie dawała już rady psychicznie. Nie potrafiła pójść do pani doktor i zapytać jakie są rokowania. Mnie także było strasznie ciężko, ale zdążyłem jeszcze zapytać panią doktor, czy jest zagrożenie życia. Odpowiedziała, że jest i to poważne. Zadzwoniła do mnie załamana teściowa i prosiła, abym zapytał w szpitalu czy jest ksiądz, bo dziecko nie było jeszcze ochrzczone. Miało przecież dopiero dwa tygodnie – pan Krzysztof na moment zamilkł, w oczach pojawiły się łzy.

– Poszedłem do księdza, szybko przyszedł i ochrzcił go jeszcze przed operacją, która trwała ponad dwie godziny. Nie pamiętam tych chwil. Żona podobnie. Z sali operacyjnej wyszła pani doktor i powiedziała, że synek przeżył, ale stan jest krytyczny. Nie oddycha samodzielnie, ma podłączoną pompę do przetaczania krwi. Wycięli mu 15-centymetrowy odcinek martwego jelita. Po operacji mogliśmy na moment wejść, by go zobaczyć. Po dwóch dniach jego stan poprawił się. Zaczął sam oddychać i został odłączony od pompy, ale układ pokarmowy nie funkcjonuje. Do tego trzeba czasu, ale – jak otwarcie powiedziała pani doktor – już do końca życia będzie się z tą przypadłością zmagał – zakończył historię pan Krzysztof.

Skontaktowaliśmy się z nim 27 maja br. – Synek przeszedł drugą operację, po której lekarze są pełni optymizmu. Jest już zdecydowanie lepiej, powoli wraca do normalnego funkcjonowania – wreszcie z delikatną radością w głosie powiedział K. Kucharski.

Reklama

Dzień, dwa później i dziecko by umarło

Jeden z lekarzy asystujących przy operacji zapytał państwa Kucharskich, dlaczego tak długo zwlekali. – Wytłumaczyliśmy mu cała sytuację. Powiedział, że gdybyśmy przywieźli go dzień, dwa później, to dziecko by umarło. Dodał, że nie była to żadna wada wrodzona. Otrzewna dawała sygnał, że coś jest nie tak z układem pokarmowym. Atakuje nagle, z godziny na godzinę. Wówczas najbardziej liczy się czas reakcji. Strasznie był zdziwiony, że nikt w Przemyślu nie pokusił się, aby wykonać zwykłe badanie USG jamy brzusznej – powiedział pan Krzysztof, dodając: – Nie jestem mściwy, ale chciałbym, aby ktoś w przemyskim szpitalu poniósł konsekwencje swojego zachowania. Przyszedłem opowiedzieć o tym, aby przestrzec innych, aby – być może – już nikomu innemu nie przytrafiła się taka sytuacja jak nam. Jestem w kontakcie z prawnikiem, przygotowuję oficjalną skargę na działania lekarzy w przemyskim szpitalu.

Czekają na skargę

Rzecznik praw pacjenta przemyskiego szpitala wojewódzkiego Maciej Kamiński: – Do tej pory nie wpłynęła do nas żadna oficjalna, pisemna skarga w tej kwestii. W przypadku zgłoszenia natychmiast uruchomiona zostanie w tym zakresie odpowiednia procedura, która będzie miała na celu wyjaśnienie całego zajścia.

Reklama

(***)

Może już dość?!

Kiedy zobaczyłem łzy w oczach tego młodego mężczyzny, będące wyrazem bezradności, ale i świadomości, że przez czyjeś zaniedbanie jego kilkunastodniowe dziecko balansowało na granicy życia i śmierci, zaczęły targać mną skrajne emocje. Postawiłem się na moment na miejscu tego człowieka. Od niedowierzania, poprzez wściekłość aż po wstyd. Ale to nie ja powinienem się wstydzić. Wstydzić się – po raz kolejny – powinni ci ze szpitala na Monte Cassino, którzy doprowadzili do tak bulwersującej sytuacji, nie licującej z elementarnymi zasadami przysięgi Hipokratesa.
Może już dość?! Może już wystarczy tych pomyłek? Może już czas, aby przestać pisać pisma, protestować, strajkować, żądać podwyżek płac, organizować spotkania, przerzucać się argumentami, przedstawiać niezrozumiałe wykresy, słupki czy analizy. Może wreszcie przyszedł czas na walnięcie pięścią w stół i wzięcie się do solidnej pracy!
Nie mam kompletnie żadnych obiekcji, aby powyższe słowa wypowiedzieć. Już dość przez lata całe nasłuchałem się i opisywałem zdarzenia, które systematycznie przytrafiają się na różnych oddziałach tej placówki. Bezduszność, ignorancja, arogancja, obojętność, brak wymaganej w takich sytuacjach empatii, przedmiotowe traktowanie pacjenta, to tylko niektóre z zarzutów, które co jakiś czas przewijają się w rozmowach ze zwykłymi ludźmi, pacjentami rozgoryczonymi zastaną sytuacją w szpitalu przy Monte Cassino.
Lamentujecie, że pacjentów ubywa. I będzie ubywać, jeśli w dalszym ciągu będą powtarzać się tak niewiarygodne sytuacje, jak ta przedstawiona przez pana Krzysztofa.

Mariusz GODOS

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    kik - niezalogowany 2016-05-31 20:11:56

    Ten szpital to dno! Umieralnia! Wykoncza każdego pacjenta strach na to patrzeć... Straszne jest ze o życie bliskich trzeba w tym szpitalu walczyć bo lekarze nie robią tam nic.. Żal

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Małgośka - niezalogowany 2016-05-31 20:20:56

    To nie jedynny taki przypadek na Monte Casino w Przemyślu.Mojego syna mało nie uśmiercili ,i gdyby się go nie pozbyli z Przemyśla do Rzeszowa to dziś by na pewno nie żył.Tam spEdziłam z synem dwa miesiące w szpitalu w Rzeszowie.Rzeszów był bardzo zdziwiony jak można było do takiego stanu doprowadzić dziecko ,że jedną nogą był na tamtym świecie.To była walka o jego życie.A dzisiaj mam poważne problemy z dzieckiem .A wszystko to odbyło się 10 lat temu zaraz po jego narodzinach. Może w końcu ktoś by się za ten szpital wziął bo tylko ludzi uśmiercają...A ciagle chcą podwyżek ,tylko za co??? Dlaczego nikt się tym nie zainteresuje? Lepiej milczeć?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    seba - niezalogowany 2016-05-31 20:28:30

    Najgorszy szpital na podkarpaciu

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama