Reklama

Sprzątałem po własnym pogrzebie. Rozmowa z ks. prałatem Stanisławem Bartmińskim

14/03/2021 15:15

Nieraz bywałem w Krasiczynie u księdza Stanisława Bartmińskiego, ale kiedy odwiedziłem go w ostatnią niedzielę lutego, zaskoczyła mnie zmiana w pokoju księdza. Brak było piętrzących się wszędzie stert teczek z dokumentami, książkami, kaset z taśmami video i roczników „Wieści krasiczyńskich”. Biblioteczka prawie pusta.

Skąd ta zmiana?

– W ubiegłym roku obchodziłem pięćdziesięciolecie mego pobytu w Krasiczynie, z czego przez czterdzieści parę lat byłem proboszczem, teraz od czternastu lat jestem na emeryturze. Postanowiłem więc zrobić podsumowanie pięćdziesięciolecia i wydałem książkę, którą zatytułowałem „Okruchy z dziejów Krasiczyna”. Są to bardziej wspomnienia niż opracowanie historyczne. Podczas pracy nad książką uświadomiłem sobie, że przez ten czas zgromadziłem ogromne ilości dokumentów z różnych dziedzin, dotyczących mojego pobytu tutaj. Miałem ponad dwieście[paywall] nagrań wywiadów z różnymi ludźmi, którzy opowiadali historie Krasiczyna i okolicznych wiosek, miałem na półce wszystkie odcinki serialu „Plebania”, w którego realizacji uczestniczyłem. Znalazłem dzienniki z lekcji religii, które kiedyś odbywały się w sali katechetycznej i wiele innych dokumentów. Mam osiemdziesiąt pięć lat i uświadomiłem sobie, że kiedy zamknę oczy, większość tych materiałów pójdzie na makulaturę, bo nikt nie będzie wiedział, co to takiego. Zacząłem porządkować to wszystko, żeby przekazać do archiwum.

Reklama

 

Wspominał ksiądz o różnych archiwach, do których trafią zbiory...

– Kiedy porządkowałem sterty papierowych dokumentów, zdjęć i nagrań, zrozumiałem, że trzeba to podzielić i oddać do różnych archiwów. Wyodrębniłem cztery działy tematyczne. Wszelkie archiwalia dotyczące życia parafii trafiły do archiwum parafialnego, które nie jest jeszcze w całości opracowane. Na przykład były tam spisy z lat sześćdziesiątych nazwisk uczniów uczęszczających na religię w działającym kiedyś w Krasiczynie Technikum Leśnym albo dokumenty działalności dotyczące wydarzeń czy imprez z udziałem działaczy niepodległościowych i solidarnościowych, których wiele tutaj się odbywało, jak choćby ślub pana Marka Kuchcińskiego. Protokoły ze spotkań rady parafialnej i osiem opasłych tomów kroniki parafialnej, którą przez lata prowadziłem, a którą teraz przejął proboszcz.

Reklama

 

Wiem, że prawie dwa metry bieżące różnych archiwaliów przekazał ksiądz do Archiwum Państwowego w Przemyślu.

– Tak. Do Archiwum Państwowego w Przemyślu przekazałem inne dokumenty, dotyczące wydarzeń nieograniczających się tylko do życia parafii, czyli spozaduszpasterskiej działalności. Na terenie parafii działało dużo komitetów społecznych, których historię udało mi się opracować. Do tego wszelkie dokumenty działalności społecznej, jak budowa kościołów, budowa mostu, kto ile godzin przepracował. Następnie zapiski dotyczące organizacji gminnych dożynek, kiermaszy, kolonii dla dzieci albo działalności nieformalnego „Domu Rekolekcyjnego”. Także całą dokumentację związaną z moją działalnością wydawniczą i redaktorską, w której opisywałem historię Krasiczyna.

Reklama

 


fot.Jacek Szwic
Na biurku księdza leżą jeszcze ostatnie egzemplarze wydanej w ubiegłym roku książki „Okruchy z dziejów Krasiczyna”.

Mówił ksiądz o dokumentach dotyczących służb specjalnych?

– Do archiwum państwowego przekazałem też dokumentację związaną z inwigilacją proboszcza i ośrodka przez służby specjalne, które interesowały się duszpasterstwem „Rolników Indywidualnych”, akcją pomocową „Wieś Miastu” i wszystkim, co się tutaj działo szczególnie w latach osiemdziesiątych, w stanie wojennym. Mieliśmy pozakładane podsłuchy. Na przykład któregoś dnia na plebanii odbywało się spotkanie działaczy z panią Ewą Deptułą. Wyszedłem, żeby trochę pospacerować i kiedy przechodziłem koło zamku, z otwartego okna usłyszałem głos pani Deptuły. Służby na zamku miały zainstalowaną aparaturę do podsłuchiwania i ktoś widocznie odsłuchiwał , co się nagrało. Ja oczywiście też byłem w kręgu zainteresowania Służby Bezpieczeństwa. W kwietniu dwa tysiące siódmego roku otrzymałem pismo od księdza arcybiskupa Michalika, żebym się ustosunkował do informacji, że zostałem wpisany jako tajny współpracownik. W odpowiedzi na trzech stronach odniosłem się do tego zarzutu i poinformowałem o moich dotychczasowych kontaktach ze Służbą Bezpieczeństwa. Sprawę uznałem za załatwioną, ale w dokumentach Instytutu Pamięci Narodowej nadal figurowałem jako TW Marcin, bo taki pseudonim bez mojej wiedzy i zgody nadali mi esbecy, kierując się widocznie tym, że kościół jest pod wezwaniem Świętego Marcina. Bardzo mnie to uwierało i chcąc wszystko wyjaśnić, złożyłem oświadczenie, że nie współpracowałem z Urzędem Bezpieczeństwa. W dwa tysiące siedemnastym roku skierowałem do Sądu Okręgowego w Rzeszowie wniosek o wszczęcie postępowania autolustracyjnego i po kilku rozprawach zostałem oczyszczony z zarzutu współpracy. Związane z tym dokumenty również przekazałem do archiwum.

Reklama

 

Jest jeszcze jeden, szczególny dział dokumentów dotyczących spraw polsko-ukraińskich.

– Kiedy przyszedłem do Krasiczyna, uświadomiłem sobie, że tu są bardzo duże napięcia na tle narodowościowym. Jakoś tak opatrznościowo odczułem, że moją rolą tutaj będzie łagodzić te napięcia. Ksiądz biskup Tokarczuk sugerował, żeby umieścić w kościołach tablice poświęcone poległym i pomordowanym w czasie wojny. Zrobiłem zebranie poszerzonego komitetu parafialnego i zaczęliśmy dyskutować. To była burzliwa dyskusja i różne głosy, kogo umieścić na tablicy, a kogo nie. Wypominano sobie, kto z kim walczył. Wtedy podjąłem decyzję – robimy tablicę poświęconą wszystkim ofiarom wojny. Innym razem w czasie parafialnej kolędy usłyszałem kolędę w dwóch językach. W Korytnikach i Mielnowie odprawiałem msze w dawnej cerkwi. To wszystko świadczyło, jak trudna jest historia tego terenu. Parafia zaangażowała się w poprawienie stosunków polsko-ukraińskich. Organizowaliśmy pomoc, najpierw kolonie dla polskich dzieci z Ukrainy, potem dla ukraińskich. Parę tysięcy dzieci przewinęło się przez Krasiczyn. Naprawdę dużo tego było i wszystkie dokumenty z tej działalności przekazałem do Południowo-Wschodniego Instytutu Naukowego.

Reklama

 

Jak to jest, kiedy pozbywa się rękopisów, zdjęć i innych dokumentów, które przecież są historią całego życia?

– Kiedy już oddałem to wszystko do archiwum, poczułem jakąś ulgę, że coś zamknąłem. Zażartowałem nawet, że czuję się tak, jakbym sprzątał po własnym pogrzebie.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę księdzu dużo zdrowia i na miarę sił dalszej aktywności.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama