W Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Wojewódzkiego Szpitala im. św. o. Pio w Przemyślu wybuchła awantura. Trwała kilka miesięcy, a jej finałem jest rezygnacja z pracy z dniem 1 października br. kierownika tej bardzo ważnej dla każdej placówki medycznej jednostki – dra Piotra Marciniaka. Wszystko zaczęło się od pisma załogi, za którą się wstawił, a która zarzuciła jednemu z lekarzy niewłaściwe zachowania w stosunku do koleżanek i kolegów z pracy mających według nich znamiona mobbingu.
Już w połowie kwietnia br. na biurko dyrektor szpitala Barbary Stawarz trafiło pismo większej części załogi SOR. Dotyczyło niewłaściwego zachowania jednego z lekarzy oddziału.
Zachowania te – zdaniem zgłaszających – polegały na ciągłej i nieracjonalnej krytyce, nieustannym kwestionowaniu decyzji, używaniu słów wulgarnych i obraźliwych, reagowaniu krzykiem i agresją wobec personelu, wymuszaniu wykonywania zleceń lekarskich na telefon czy długim przetrzymywaniu zespołów ratownictwa medycznego, chcących przekazać pacjentów.
Opisali w nim w szczegółach wiele przykładów zachowań nielicujących ze stanowiskiem pracy i tytułem lekarza. Wcześniej całość skonsultowali z kierownikiem SOR-u P. Marciniakiem[paywall].
– Przyznaję, że o wielu rzeczach dowiedziałem się dopiero wówczas. O kilku wiedziałem wcześniej – jak o zbyt długim przetrzymywaniu pacjentów przywożonych karetkami, na co próbowałem w sposób subtelny i dyplomatyczny reagować. Dlatego subtelny, bo znałem trudną sytuację kadrową na oddziale i liczyłem się z konsekwencjami gwałtownych decyzji, które mogłyby doprowadzić do braku obsady dyżurowej i w konsekwencji do rozpadu oddziału. Ale w pewnym momencie granica została przekroczona – powiedział dr P. Marciniak.
– Eskalacja problemu i jego waga sprawiły, że należało nim zainteresować dyrekcję szpitala. Długo jednak pismo pozostawało bez jakiejkolwiek reakcji. Załoga skierowała więc kolejne, na które wreszcie dostała odpowiedź. Były nią indywidualne spotkania z niektórymi pracownikami, którzy mieli tej sytuacji dość. Po którymś kolejnym stała się dla mnie i dla nich rzecz dziwna i kompletnie niezrozumiała. Pani dyrektor, zamiast wyjaśnić sprawę, zaczęła oskarżać tych, którzy to pismo napisali. Zaczęła szukać kozłów ofiarnych. Dostało się zwłaszcza dwóm osobom, które według pani dyrektor przyczyniły się do napisania tego pisma – dodał.
Powstaje pytanie, czy pismo było zasadne i dlaczego nie próbowano problemu rozwiązać wewnątrz SOR-u?
– Tak jak wspominałem – waga i eskalacja problemu, stawiająca dalsze funkcjonowanie oddziału pod znakiem zapytania, skłoniły mnie do podzielenia się tym z dyrekcją. Liczyłem na wspólne rozwiązanie sprawy. Zdarzenia tam opisane próbowałem sam weryfikować. Rozmawiałem z ludźmi i w każdym przypadku powtarzało się to samo. Te same oskarżenia, te same zachowania. Pewnego razu zostało zorganizowane spotkanie całego oddziału. Przyszło na nie prawie 30 osób. Wszyscy potwierdzili te naganne zachowania – stwierdził P. Marciniak, który przez prawie 5 lat kierował SOR-em.
W ostatnich kilku latach – jak sam stwierdził – zdarzały się różne konfliktowe sytuacje, różne nieporozumienia, bywały pretensje pacjentów dotyczące funkcjonowania oddziału czy czasu oczekiwania na przyjęcie, ale skala obecnego problemu chyba przerosła wszystko.
– W tej sprawie chodzi o jedną zasadniczą kwestię: czy lekarz funkcjonuje na specjalnych zasadach w tym szpitalu, czy przysługują mu jakieś specjalne prawa? Moi byli pracownicy, a zwłaszcza panie pielęgniarki i ratownicy, nie domagali się mniejszej ilości pracy czy większych pieniędzy. Domagali się tylko i wyłącznie tego, aby mogli wykonywać swoją pracę normalnie. Żeby w szpitalu nie było tak zwanych świętych krów. Żeby nie było tak, iż niektórzy mogą sobie pozwalać na więcej niż inni. Że mogą ubliżać ludziom, mogą wyzywać i utrudniać wykonywanie pracy. Z zachowania pani dyrektor, która przecież z zawodu jest pielęgniarką, i prób „wyjaśnienia” tej sprawy wynika, że chyba jednak takowi są – tłumaczy dr P. Marciniak.
Były kierownik SOR-u stanął w obronie załogi i tym – jego zdaniem – naraził się dyrekcji.
– Nie uważam, że jeśli jestem lekarzem, to powinienem zawsze być solidarny z innym lekarzem i stawać w jego obronie, zwłaszcza jeśli wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zespół ma całkowitą rację. Jak świadczyłoby to o mnie i jak miałbym po tym spojrzeć pracownikom w oczy. Zwłaszcza, że niektóre osoby z załogi już przypłaciły tą sytuację zdrowiem psychicznym i obecnie funkcjonują na lekach przeciwnerwicowych – podkreślił.
– Przy takim podejściu dyrekcji, takim potraktowaniu pracowników oraz przy ciągłych groźbach likwidacji SOR i utworzenia w to miejsce Izby Przyjęć (co niewątpliwie przyczyniłoby się do dalszego zwiększania kolejek pacjentów), nie widziałem dalszej możliwości pracy w tym szpitalu. Złożyłem rezygnację – dodał.
– Sprawa dotycząca SOR-u jest skomplikowana i wieloaspektowa. Nie będę się wdawać w szczegóły, ponieważ to nie czas i miejsce na przytaczanie detali. Pierwszą osobą, która powinna podejmować działania w celu prawidłowej pracy podległego personelu, jest jego kierownik. To jego rolą jest koordynowanie pracy personelu, a w razie braku możliwości uzyskania oczekiwanych efektów działań wdrażanie formalnej drogi służbowej, czego w niniejszej sprawie nie dokonano. Mało tego, ówczesny kierownik SOR sam zaangażował się w spory, a jego postawa doprowadziła jedynie do eskalacji problemu – powiedziała B. Stawarz.
Dyrektor szpitala na Monte Cassino zapewnia, że zaraz po otrzymaniu pisma podjęła rozmowy z załogą.
– Treść skargi dotyczyła trudności w relacjach personalnych. Nikogo nie oskarżono o mobbing. Formułowane zastrzeżenia wobec jednego z lekarzy przez część załogi nie były poparte żadnymi dowodami czy dokumentami. Kierownik oddziału nigdy nie zastosował wobec niego pisemnego upomnienia, ani nie sporządził notatki służbowej wskazującej na jego niewłaściwe zachowanie. Nie mieliśmy również na niego skarg od pacjentów. Rozmawiałam z kierownikiem SOR-u oraz lekarzem, którego dotyczyły zastrzeżenia. Przedstawiłam im swoje stanowisko, prosiłam o ostudzenie emocji. Zwróciłam uwagę na zachowania, które mogą budzić negatywne odczucia u współpracowników, uczulając, aby do nich nie dochodziło – zaznaczyła.
B. Stawarz powiedziała, że na wszelkie sposoby próbowała ugasić pożar, który wybuchł.
– Powiedziałam im, że nie wszyscy w pracy muszą się lubić, ale mają się szanować i wspólnie dobrze pracować na rzecz pacjentów, ponieważ to oni są najważniejsi. Podjęliśmy próby załagodzenia konfliktu i ustalenia jego źródeł. Powołaliśmy specjalną komisję wyjaśniającą, która odbyła szereg spotkań. Ustaliła ona, że istnieje podział na osoby, które do wspomnianego lekarza nie mają zastrzeżeń oraz te, które zgłaszają z jego strony nieprawidłowe zachowania. Osoby, które nie podpisały skargi, twierdziły, że wieloletni personel SOR-u nie akceptował osób „z zewnątrz”, a także metod pracy innych niż już utrwalone. Kierownik SOR-u sam złożył wypowiedzenie z pracy. To była jego decyzja, nie do końca przeze mnie zrozumiała. To dobry specjalista, który być może nie poradził sobie z funkcją zarządczą lidera zespołu – stwierdziła.
B. Stawarz uważa, że dyskutowanie o tej sprawie na poziomie prasy nie jest dobre.
– Inicjowanie przez byłego kierownika polemik medialnych, umieszczanie przez niego ogłoszeń w prasie, a także mnożenie oświadczeń nie wnosi niczego merytorycznego i stanowi jedynie próbę promocji własnej osoby – podsumowała.
Zapewniła na koniec, że Szpitalny Oddział Ratunkowy normalnie funkcjonuje, dyżury są zabezpieczone, a pacjenci przyjmowani i każdy otrzyma pomoc. Obecnie za pracę oddziału odpowiada zastępca dyrektora ds. lecznictwa Sylwia Zub-Sobczuk.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze