Reklama

„Tutaj nikt nigdy nikogo nie zabił. Aż do teraz”. Ona przyniosła siekierę, on uderzał

07/05/2019 18:30

– Czym się naraził, że potraktowali go w ten sposób? – mieszkańcom wciąż trudno uwierzyć w tragedię, która rozegrała się w ich sąsiedztwie. – Tacy młodzi, a już tak zdemoralizowani, brutalni, okrutni, bezwzględni – dziwią się.

Słonne. Położne w malowniczym zakolu Sanu w podprzemyskiej gminie Dubiecko. Przed laty uchodziło za jedną z bardziej znanych na Podkarpaciu miejscowości letniskowych. Wszystko za sprawą wspomnianej już rzeki, która w tym rejonie niemal zawsze była stosunkowo płytka, z czystą wodą zachęcają do kąpieli. Spinająca jej brzegi kładka na linach, niczym z filmów przygodowych z Harrisonem Fordem, nadal dostarcza niezapomnianych wrażeń przechodzącym po niej. Lesista okolica z niezaprzeczalnymi walorami krajobrazowo-turystycznymi stała się mekką dla urlopowiczów, zwłaszcza spragnionych odpoczynku z dala od popularnych kurortów. Trawiaste plaże, doskonałe miejsca do biwakowania, ośrodki wypoczynkowe, które w PRL-u uchodziły za przyzwoite. Po dwóch: „rolnym” i „nauczycielskim” pozostały zrujnowane budynki. Wciąż działa tylko jeden – prywatny. Zresztą letników przyjeżdża znacznie mniej niż kiedyś. Nie tylko tam. Podobnie do sąsiedniego Wybrzeża.

– Ludzie mają więcej pieniędzy, to wybierają inne strony – przekonuje jedna ze starszych mieszkanek. – Nie to, co kiedyś. W lipcu i sierpniu funkcjonowało miasteczko pełne różnokolorowych namiotów – wspomina.
Życie tutaj toczy się spokojnie. Z dala od zgiełku miasta. Niespełna 150 mieszkańców. Wszyscy się znają. Pamiętają Wojciecha P. Kawaler. Mieszkał z rodzicami. Pomagał im. Od czasu do czasu wyjeżdżał do siostry w Niemczech. Popracował trochę i wracał. Później znowu wyjeżdżał. I tak na zmianę.

Reklama

– Dobry był, nikomu nie wadził – zapewnia sołtys Kazimierz Leżański. – Nikogo nie zaczepiał, krzywdy nigdy nie zrobił, nie awanturował się. Zawsze powiedział „dzień dobry”, ukłonił się, porozmawiał – przekonuje.

 

100 metrów od rodzinnego domu

W ostatni poniedziałek kwietnia br., przed początkiem długiego weekendu, zakrwawione ciało Wojciecha znaleziono w rowie, przy asfaltowej drodze w Słonnem. Jakieś 100 metrów od rodzinnego domu, bezpośrednio przy wjeździe do jednego z opustoszałych ośrodków. Miał na sobie tylko majtki. Obok leżało ubranie, buty. Nad ranem na zwłoki natknął się dozorca. Wracał po nocnej zmianie z[paywall] budowy mostu w pobliskiej Sielnicy. Szybko zawiadomił policjantów. Oprócz nich na miejsce przyjechał lekarz pogotowia ratunkowego. Pozostało mu jedynie stwierdzić zgon. Ekipa dochodzeniowo-śledcza przystąpiła do swoich czynności. Technik kryminalistyki z zegarmistrzowską precyzją zabezpieczał wszystko, co mogło mieć znaczenie. W takich sprawach ważny jest każdy detal, który może się przyczynić do ustalenia okoliczności śmierci, w przyszłości przesądzić o winie bądź niewinności podejrzanego, podejrzanych. Kilkunastu gapiów z dystansu przyglądało się pracy funkcjonariuszy, raz po raz znikających za czerwonym parawanem osłaniającym denata. Wiadomość o niecodziennym zdarzeniu szybko obiegła wioskę i natychmiast uruchomiła lawinę domysłów.

Reklama

– Został zamordowany? – domniemywano. – Może szedł drogą i potrącił go samochód, kierowca odjechał, nie udzieliwszy mu pomocy – zastanawiano się.

Początkowo „dochodzeniowcy” nie wykluczali żadnej z hipotez.

– To mężczyzna w średnim wieku – młodszy aspirant Marta Fac z Komendy Miejskiej Policji w Przemyślu dysponowała jedynie zdawkowymi informacjami. – Miał uraz głowy. Kluczowa będzie sekcja zwłok, na tę chwilę trudno jest cokolwiek powiedzieć – tłumaczyła, studząc ciekawość dziennikarzy.

Ciało wieźli na taczce

Z upływem godzin śledczy nabierali coraz większej pewności, że mają do czynienia z zabójstwem. I to wyjątkowo brutalnym. Jeszcze tego samego dnia zatrzymali cztery osoby: 17-latkę, jej rówieśnika oraz matkę i ojczyma dziewczyny. Wszyscy byli trzeźwi. Dwójka dorosłych po złożeniu zeznań odzyskała wolność. Para nastolatków: Dżesika N. i Sebastian K. pozostali w policyjnym areszcie. Dzień po zbrodni doprowadzono ich na przesłuchanie. Bez emocji opowiedzieli o tragicznych wydarzeniach ze swoim udziałem. Złożyli spójne wyjaśnienia. Niczego się nie wypierali.

Reklama

Początek tej tragicznej w skutkach historii dało niedzielne spotkanie przed sklepem w Słonnem, gdzie pokrzywdzony i podejrzani rozmawiali. Doszło do sprzeczki, nieporozumienia. Ale ostatecznie każdy poszedł w swoją stronę. Dżesika i Sebastian wrócili do domu przybranego ojca dziewczyny. Nieopodal sklepu. 38-letni Wojciech P. kupił kilka piw i dołączył do wspomnianych. Pili. Kiedy gospodarz usnął, a jego żona wraz z ich małym dzieckiem pojechała do swojego podrzeszowskiego domu, pomiędzy pozostałymi przy stole uczestnikami biesiady ponownie doszło do słownych utarczek, szamotaniny, nawet bójki. P. miał obrażać dziewczynę, wyrażać się o niej w niewybrednych słowach. Ta nie wytrzymała. Pobiegła do piwnicy. Przyniosła siekierę. Wręczyła Sebastianowi, który roztrzaskał głowę adwersarzowi.
– Zadał mu około 15 uderzeń – słyszymy od prokurator Marta Pętkowska, rzecznik prasowej Prokuratury Okręgowej w Przemyślu.. – Przyczyną śmierci – jak wykazała sekcja – były rozległe urazy mózgowo-czaszkowe – precyzuje.

Bezwładne ciało Wojciecha zabójcy umieścili na taczce. Pod osłoną nocy wywieźli tam, gdzie zostało odnalezione przez stróża. Dzień później ktoś postawił znicze. Na krzakach wciąż wiszą strzępy policyjnych taśm. To niewiele ponad pół kilometra od miejsca, w którym rozegrał się dramat. Po drodze zabójcy musieli przejść przed oknami parterowego domu ofiary. Wrócili przez nikogo niezauważeni, zatarli ślady, zmyli krew, położyli się spać. 

Reklama

„Nawiali” z poprawczaka na Mazowszu

– Tacy młodzi, a już tak zdemoralizowani, brutalni, okrutni, bezwzględni – miejscowi nie mogą się nadziwić. – Tak zakatować człowieka i to za nic – mieszkańcy wciąż są w szoku.

W przeszłości Dżesika N. i Sebastian K. mieli zatargi z prawem. Przebywali w placówce wychowawczej w województwie mazowieckim, gdzie dziewczyna poznała pochodzącego z Dąbrowy Górniczej rówieśnika. Około dwóch tygodni przed tragedią uciekli z ośrodka. Przyjechali do Słonnego.
– Ona bywała tutaj wcześniej, niemal za każdym razem z innym adoratorem – mówią ludzie przed sklepem we wiosce. – Arogancka, wulgarna, lepiej było omijać ją szerokim łukiem. Chyba dzień lub dwa po zbrodni przywieziono ich tutaj na wizję lokalną. Każde z osobna. On sprawiał wrażenie zagubionego, zalęknionego. Ona nie chowała głowy, nie zasłaniała twarzy. Tak jakby czuła się najważniejsza, dumna z tego, co razem zrobili – opowiadają.

Reklama

I dodają:
– Gdybyśmy wtedy wiedzieli, że „nawiali” z poprawczaka, z pewnością ktoś zadzwoniłby na komisariat. Ale nic z tych rzeczy. Nie dość, że nie mieliśmy świadomości, to na dodatek oni wcale nie próbowali się chować. Paradowali razem, publicznie. Nikogo się nie bali. Gdzie w tym czasie byli policjanci? Czy rzeczywiście ich szukali? – pytają miejscowi.

Najbliższe 3 miesiące 17-latkowie spędzą w tymczasowym areszcie. Grozi im kara nie krótsza niż 8 lat pozbawienia wolności, a maksymalnie 25-letnie więzienie. Ponieważ są młodociani, nie dostaną dożywocia.
– Tutaj nikt nigdy nikogo nie zabił – zapewnia 75-latka spotkana na spacerze z wnuczką. – Aż do teraz. Czym się naraził, że potraktowali go w ten sposób? Wojtek był równolatkiem mojej córki. Podobnie jak inni pojechała na jego pogrzeb do Dubiecka. Spoczął na tamtejszym cmentarzu – kończy.


red.
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama