Bohaterka niniejszego artykułu nie planowała posiadania licznej rodziny, o dzieciach myślała z bólem, jako o stracie czasu. Było to wiadome wszem i wobec. Kiedy kazano jej zajmować się rodzeństwem, nie czyniła tego. Dziś jest biologiczną matką dziewięciu córek i „jedynaka” – niespełna dwuletniego synka, a także rodziną zastępczą. – Dzieci zaczęły się rodzić w odpowiedzi na potrzebę dzielenia się miłością – deklaruje szczęśliwa mama.
Na początek musimy się przenieść do Lublina i zobaczyć młodych, zakochanych ludzi, studentów. Tam się poznali. Następnie standardowo – zawarli związek małżeński, planowali powiększenie rodziny… – Dużo się zmieniło, kiedy urodziłam pierwsze dziecko, świat mi zawirował – inicjuje opowieść Justyna Szumada.
Państwo Szumadowie – dobrze przygotowani – oczekiwali na przyjście na świat pierwszego dziecka. Jednak intensywność porodu (rodzinnego, co stało się tradycją) zaskoczyła kobietę. – Podobno poród to jak przerzucenie dwóch ton węgla i to by się zgadzało – pół żartem kwituje bohaterka. Na serio dodaje: – Trzeba mieć szczęście, by tak pozytywnie przeżyć pierwszy poród, dla wielu to traumatyczne wydarzenie. Ze mną było inaczej, toteż nie bałam się kolejnych ciąż i rodzenia.

Rodzice oraz dziadkowie.
Porodów było jeszcze kilka, każdy inny, jeden bliźniaczy, jedna cesarka. Pierwsze dziecko państwa Szumadów przyszło na świat w Lublinie, pięcioro w Legnicy, gdzie ojciec rodziny – Jan podjął pracę po ukończeniu studiów, czworo w Przemyślu. Pociechy rodziły się średnio co dwa lata, różnica wieku pomiędzy najstarszą córką a synem to aż 20 lat. Wbrew matematyce Szumadowie nie posiadają jednak dziesięcioro, a jedenaścioro dzieci, są bowiem rodziną zastępczą – wychowują spokrewnionego z nimi chrześniaka.
Wielodzietność czyni ich „innymi”. – Kiedy najstarsza córka była przed maturą, a ja spodziewałam się kolejnego potomka, matka jej kolegi nawiązała w rozmowie do mojego stanu, stwierdzając: „Twoja mama pięknie wygląda, ciąże odmładzają jej organizm”. Na co syn owej kobiety rzekł: „Tak, wkrótce będzie nieśmiertelna” – Justyna Szumada śmieje się, opowiadając tę historię. Dystansu do życia, którego nie brakuje dorosłym, uczą się dzieci. Jest on niezbędny, bowiem zdarza się, że doświadczają kpin ze strony rówieśników, pytających cynicznie i bez ogródek: „Rodzice nie słyszeli o antykoncepcji?”. Słyszeli. To wykształceni, światli ludzie.
Pomimo separowania się od złych emocji Szumadowie po narodzinach ostatniego potomka ucierpieli z powodu komentarzy „Wreszcie urodził się wam syn”. – Każdą dziewczynkę kochaliśmy i kochamy nad życie. Współczuć nam córek – to nas bolało, obrażało – wyznaje matka.
Dom, w którym jest wiele dzieci, to miejsce rozmaitych starć. Problem konfliktów, scen zazdrości rodzi się wraz z drugim dzieckiem. – Uczestniczyłam kiedyś w ćwiczeniu warsztatowym, polegającym na odgrywaniu ról, ilustrującym tę tezę. Proszę sobie wyobrazić, że jest mąż i żona. Mąż po paru dniach przyprowadza nową żonę i mówi do obecnej „Musisz ją kochać, bo ja ją kocham”. Tak wygląda emocjonalna sytuacja pierworodnego dziecka, gdy pojawia się kolejne. Stąd za wszelką cenę próbuje ono zwrócić na siebie uwagę – stwierdza doświadczona mama. Gdy na świat przychodzi drugie dziecko i następne, trzeba się nieźle nagimnastykować, by znaleźć czas dla każdej z pociech, wszystkiemu nadać ręce i nogi – Justyna i Jan wiedzą o tym i radzą sobie bardzo dobrze.

Narodziny kolejnego potomka dla rodziny Szumadów były niczym największe święto. Rodzeństwo dostawało od maleństwa wymarzone prezenty, lepsze od mikołajowych. Po to, aby nie czuło się pominięte, zwłaszcza że do oseska przychodzą goście, podziwiają go, przynoszą upominki. Starsze dzieci cieszyły się z przyjścia na świat młodszych, dopuszczane były do nich, tuliły je, pomagały rodzicom. Emilia, Lubomira, Maria, Zoriana, Kalina, Marta, Iwanka, Sofia, Tatiana, Petro i przysposobiony Grzegorz są zżyci ze sobą, przyjaźnią się pomimo wspomnianych starć.
Sposób na dobre relacje międzypokoleniowe, który poleca Justyna Szumada, to m.in. randki… z dziećmi, czyli wyjście z konkretnym potomkiem do kina, na spacer, w inne ciekawe miejsce[paywall].
Justyna i Jan są osobami wierzącymi, pokładają wielką ufność w Bogu, czują Jego błogosławieństwo. Ich możliwości radzenia sobie z problemami są jednak czysto ludzkie, a i doba trwa 24 godziny. Kiedy w 2005 r. przeprowadzili się do Przemyśla, zmęczona matka czuła, że jej siły są na wyczerpaniu, wówczas „spadła z nieba” teściowa, zamieszkała z rodziną. – Jak są potrzeby, przychodzą rozwiązania. Rodziły się kolejne dzieci, jednocześnie nasz standard życiowy rósł. Powoli dorabialiśmy się, kupiliśmy jedno auto, następnie drugie – relacjonuje Justyna.
Dzięki łaskawości losu Szumadom udało się wygospodarować pieniądze na remont przemyskiego domu – początkowo zimnego, z dziurawym dachem. Ocieplili budynek, podnieśli strop, co pozwoliło na utworzenie na piętrze aż pięciu pokoi, pozyskanie przestrzeni dla każdego. W przypadku tak licznej rodziny każdy metr kwadratowy, każda dodatkowa łazienka mają istotny wpływ na jakość życia, w tym rozmiar i częstotliwość niesnasek. Jednak najważniejsze jest co innego – miłość, miejsce w czyimś sercu. – Miłość jest jedyną rzeczą na świecie, która mnoży się, gdy się ją dzieli z innymi. Od miłości wszystko się zaczęło… – podsumowuje Justyna Szumada.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze