Reklama

Żyliśmy w strachu i niepewności. Wojenny epizod, który wraca we wspomnieniach

04/07/2021 15:00

Relacja Ryszarda Bara, naocznego świadka wojennego epizodu, który miał miejsce w Przemyślu w pierwszych dniach inwazji niemieckiej na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku. Ryszard Bar urodzony w lutym 1932 roku dzisiaj ma 89 lat i mieszka w rodzinnej posiadłości, bezpośrednio sąsiadującej z miejscem wojennego zdarzenia

- Bawiąc się popołudniową porą na podwórzu mojego domu przy ulicy Grunwaldzkiej 112 (obecnie 62) nagle spostrzegłem, że przed domem pojawiło się dwóch oficerów niemieckich. Domyśliłem się, że przyszli do pana Krotoszyńskiego, który był naszym sąsiadem i władał doskonale językiem niemieckim. Nie myliłem się, gdyż za chwilę pan Krotoszyński wyszedł z mieszkania i zaczęli rozmawiać.

Zaciekawiony podszedłem do trójki mężczyzn i pomimo, że nic nie rozumiałem, z zainteresowaniem przyglądałem się ich spotkaniu. Miałem wówczas 9 lat i jako chłopiec wychowywany w okresie okupacji, którego ojciec podczas kampanii wrześniowej dostał się do niewoli niemieckiej, byłem ciekaw wszystkich militarnych szczegółów.

Zainteresowanie było tym większe, gdyż na ulicy Grunwaldzkiej, w sąsiedztwie naszego domu, były ustawione potężne dwa działa, z których od kilku dni ostrzeliwano radziecką linię obronną po drugiej stronie Sanu. Było to[paywall] w drugiej połowie czerwca 1941 roku, w okresie  wzmożonych działań wojennych i ciągłego obustronnego bombardowania. Wiedzieliśmy, że granica na Sanie jest pilnie strzeżona i Rosjanie będą zaciekle jej bronić. W domu dużo na ten temat się mówiło, choć domyślałem się, że wiele szczegółów było przed dzieciakami ukrywanych. Często bowiem dorośli rozmawiali szeptem albo odchodzili daleko na bok, tak aby nikt z dzieciarni nie słyszał, o czym rozmawiają.

 

Reklama

Żyliśmy w strachu i niepewności

Żyliśmy wówczas w stałym strachu, napięciu i niepewności. Każdego dnia słychać było wystrzały i świszczące pociski. W sąsiedztwie domu mieliśmy wykopany przez dorosłych głęboki rów, do którego wchodziliśmy, gdy trwał ostrzał. Rów miał około metra głębokości i był nazywany schronem lub okopem.

Był on również wykorzystywany przez nas, dzieciaki, do zabawy. Ale gdy zaczynała się strzelanina, wszyscy domownicy szybko chronili się w nim przed odłamkami i ewentualnie gruzem – gdyby pocisk trafił w dom. Na szczęście dla nas Rosjanie mieli dziwnie źle ustawione celowniki i wszystkie pociski przelatywały nad naszymi głowami i detonowały na wzniesieniu około dwustu metrów za domem.

Pozostawiały po nich leje o głębokości nieco ponad pół metra i szerokości przeszło metra. Po bombardowaniu chodziliśmy z kolegami na górę i z tych lejów wyciągaliśmy mosiężne pierścienie, które znajdowały się na tych pociskach. W tamtych czasach mosiądz miał swoją wartość. Znajdowaliśmy przy tym dużo odłamków i fragmentów żelaza, z którego były robione tuleje tych pocisków.

Przypatrując się rozmawiającym z panem Krotoszyńskim oficerom, zobaczyłem, że jeden z żołnierzy wyciągnął z kieszonki munduru jakieś zdjęcia i zaczął pokazywać je naszemu sąsiadowi. Były to zdjęcia małych, kilkuletnich dzieci oraz kobiety. Pan Krotoszyński, widząc moje zainteresowanie, powiedział po polsku, że to są dwaj mali synowie i żona tego żołnierza. Potem powiedział do mnie, że ci żołnierze to są zwiadowcy, którzy za chwilę będą się przeprawiać na drugą stronę rzeki, bo mają za zadanie rozpoznać teren przeciwnika. Bardzo to mi zaimponowało, że ci żołnierze mają takie zadanie i że tak normalnie i po ludzku rozmawiają z Polakami.

 

Reklama

Zabawa w szpiegów

Rozmowa się przeciągała, a ja wróciłem do zabawy z kolegą, który w międzyczasie się pojawił. Cały czas jednak obserwowałem rozmawiających. Widziałem, że pan Krotoszyński poczęstował ich herbatą i ciastkami, a że był cukiernikiem i cukiernię miał w naszym domu, to zapewne ciastka były jak zawsze wyborowe.

W tej swojej cukierni robił nawet w lecie lody. To była sztuka, bo przecież wówczas nikt nie miał lodówki i trzeba było zimą w głębokiej piwnicy zgromadzić zapas lodu z zamarzniętego Sanu. Jednak w czasie, gdy na rzece była linia demarkacyjna, było to niemożliwe.

Żołnierze się wygodnie rozsiedli, swoją broń odłożyli na bok, a mieli karabiny maszynowe i krótkie pistolety w kaburze oraz skórzaną torbę na pasku. Po około półtoragodzinnej rozmowie oficerowie niemieccy zaczęli się zbierać do odejścia. W międzyczasie z kolegą zaplanowaliśmy zabawę w szpiegów i postanowiliśmy się udać za nimi, chowając się za drzewami i płotami tak, aby nas nie zauważyli. Wychodząc z podwórza dwaj Niemcy przekroczyli ulicę Grunwaldzką i uliczką Wieniawskiego szli w kierunku Sanu. My za nimi.

Gdy doszliśmy do ostatniego domu, który jest usytuowany na końcu Wieniawskiego, podeszliśmy ścieżką wzdłuż  ogrodzenia i wiedząc, że dalej iść nie można, bo to już granica i wejście może się przykro skończyć, zaglądaliśmy, którędy oni będą przekraczać rzekę. Było letnie, ciepłe popołudnie i dobra widoczność. Straciłem ich z oczu, gdy schodzili z ostrego brzegu Sanu do wody.

Domyśliliśmy się, że będą przekraczać rzekę w miejscu, w którym jestbród. W lecie, gdy stan wody się obniża, można było przejść na drugą stronę brodząc w wodzie poniżej pasa. Zobaczyliśmy ich, gdy zbliżali się do drugiego brzegu. Szli blisko siebie, trzymając karabiny  gotowe do strzału.

 

Reklama

Usłyszeliśmy strzały z karabinu

Gdy wychodzili na brzeg, nagle usłyszeliśmy strzały z karabinu dochodzące z tamtej strony rzeki. Jednak nikogo nie widzieliśmy. Zaglądając dalej zza płotu dostrzegłem, że ci niemieccy żołnierze również otworzyli ogień. Po krótkiej chwili wymiany ognia zobaczyłem, że jeden z nich został trafiony i upadł. Drugi przestał strzelać. Podszedł do kolegi i podciągnął go tak, by nie  leżał w wodzie. Nie wiem, czy był tylko ranny, czy śmiertelnie trafiony.

Po chwili z kanału odpływowego z kruhelskiego strumyka usytuowanego w prawym brzegu Sanu wyszło kilku sowieckich żołnierzy. Trzymając karabiny wymierzone w stronę obu Niemców, podeszli do nich, chwycili rannego i zaciągnęli do tego kanału. Pod bronią również wprowadzili drugiego z niemieckich żołnierzy do tego kanału i znikli nam z oczu. Bardzo mi się żal zrobiło ich obu, a szczególnie tego trafionego. Byli tacy młodzi, pomimo że byli wrogami i pomimo, że więzili mojego ojca, ale byli przecież ludźmi.                                                             

Wróciliśmy do domu i opowiedzieliśmy wszystko, co widzieliśmy. Tu dowiedzieliśmy się od pana Krotoszyńskiego, że obaj byli przeciwni tej wojnie, że mówili, że ona jest niepotrzebna, że mają rodzinę i dzieci i tu też są dzieci, że ta wojna nic nie da. Bardzo negatywnie wypowiadali się o Hitlerze.

Ten wojenny epizod trwale zapisał się w mojej pamięci i często powraca we wspomnieniach.

Ciągle nurtuje mnie  pytanie, jaki był dalszy los tych żołnierzy, czy obaj przeżyli, czy dostali się do niewoli? Czy trafiony pociskiem żołnierz cierpiał? Czy została udzielona pomoc, czy pozostawiono go na pastwę losu? Co czuł, gdy umierał, o kim myślał? Czy podczas przesłuchania stosowano tortury, czy zdradził tajemnice, które posiadał, czy został odesłany do obozu jenieckiego? W końcu czy obaj przeżyli wojnę i wrócili do domu, do swoich żon, dzieci i rodziców?


Reklama

 *************

Ryszard Bar urodzony w lutym 1932 roku, związany od dziecka z rodzinną posiadłością Barów w Przemyślu, świadek i uczestnik wielu wydarzeń z życia naszego miasta. Właściciel prywatnego zakładu produkcyjnego branży metalowej. Ponadto był społecznikiem, pełnił wiele funkcji w strukturach przemyskiego rzemiosła.

Był wieloletnim członkiem zarządu Cechu Rzemiosł Różnych w Przemyślu, podstarszym cechu, egzaminatorem (posiada uprawnienia do egzaminowaniana na mistrza i czeladnika branży metalowej), członkiem Sądu Cechowego, członkiem Komisji Finansów. Przez 47 lat był członkiem Rady Rzemieślniczej Spółdzielni ,, Przyszłość” w Przemyślu.

Dziś, będąc już na emeryturze, jest jej honorowym członkiem. Był rzeczoznawcą Izby Rzemieślniczej w Rzeszowie, radnym Rady Miasta Przemyśla, członkiem komisji Solidarności Rzemieślniczej. Jest uhonorowany wieloma odznaczeniami i medalami resortowymi i państwowymi.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Tadeusz - niezalogowany 2021-07-05 08:38:28

    Życie po niemieckiej stronie Przemysla to dla mieszkańców był raj.Tragedia była po ruskiej stronie Przemysla.Tam wywożono całe rodziny do Kazachstanu, wielu zaliczyło Sybir nie mówiąc o więzieniach. To była prawdziwa okupacja w najgorszej odmianie.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Wołodko - niezalogowany 2021-07-08 05:34:54

    No tak, życie w Generalnym Gubernatorstwie to faktycznie był ,,raj"... zwłaszcza dla Polaków i Żydów! ...uha, uha Holokaust i eksterminacja Polaków, ale to był ,,raj"... rajem był dla melnykowcow!! 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama