– Może trzeba było jechać prosto, a nie skręcać. Wtedy może wyleciałbym z autokaru tylko ja – wyjaśniał Mykola L., kierowca autokaru, który spowodował wypadek w Leszczawie Dolnej w sierpniu ub.r. 22 marca w Przemyślu rozpoczął się jego proces. – Zostałam bez nadziei, bez wsparcia, moje dziecko zostało bez ojca – mówiła płacząc wdowa po jednej z ofiar.
W akcie oskarżenia zastępca prokuratora okręgowego w Przemyślu Beata Starzecka wskazywała, że 42-letni Mykola L. „działając umyślnie i przewidując możliwość sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym” sprowadził wspomniane zdarzenie, zagrażające życiu i zdrowiu wielu osób.
Według ustaleń biegłych, stosował niewłaściwą technikę jazdy, umyślnie naruszył zasady ruchu drogowego, przekroczył dozwoloną prędkość i zignorował znaki drogowe.
Na miejscu zginęły trzy osoby: dwie kobiety w wieku 30 i 55 lat i 31-letni mężczyzna. Przyczyną zgonów było gwałtowne uduszenie w wyniku przygniecenia ciała przez autokar. Pozostałe 50 osób doznało mniej lub bardziej poważnych obrażeń. Stan kilku osób był ciężki Prokurator przez ponad 20 minut opisywała obrażenia wszystkich poszkodowanych.
Oskarżony nie chciał składać wyjaśnień w czasie rozprawy i podtrzymał te, złożone w czasie postępowania przygotowawczego. Mykola L. mówił wtedy, że zjeżdżając z góry, najpierw jechał z prędkością 70 km/h, a później 50 km/h. Nie widział ograniczenia do 30 km/h. Gdy zaczął hamować, autobus nie zwolnił. Mało tego – zaczął nabierać prędkości. Nie pomogło też wciśnięcie[paywall] hamulca górskiego. – Chciałem wcisnąć hamulec ręczny, ale zobaczyłem, że już jesteśmy na zakręcie. Może trzeba było jechać prosto, a nie skręcać. Wtedy może wyleciałbym z autokaru tylko ja, a nie ludzie – wyjaśniał wtedy.
Dodał, że jest mu bardzo przykro i prosi o wybaczenie. – Co można było, zrobiłem. Jest mi bardzo szkoda ludzi. Proszę mi przebaczyć – mówił.
Mykola L. pracował jako kierowca autokaru od ok. 6 – 7 lat. Do 2017 r. jeździł na trasach krajowych, a od stycznia 2018 r. – po międzynarodowych do Austrii, Włoch, Czech i Niemiec. Zatrudniony jest obecnie w firmie transportowej, która świadczy usługi dla biur turystycznych.
Przytaczając dni i godziny poprzedzające wypadek, wspominał, że poprzedni kurs zakończył 14 sierpnia. Natomiast 16 sierpnia dowiedział się, że nazajutrz ma kolejny wjazd. Zapewniał, że był wypoczęty.
Turystów odebrał ze Lwowa i pojechał – jak twierdził, zgodnie z ustnym poleceniem szefostwa – na przejście graniczne w Krościenku. Stamtąd miał się kierować na autostradę A 4. Kilkukrotnie podkreślał, że nie znał tej drogi, jechał nią pierwszy raz, dlatego kierował się wskazaniami nawigacji. Przyznał, że warunki były trudne ze względu na mżawkę i mgłę, ale największym problemem była nieznajomość trasy.
Relacjonował, że już po katastrofie pomagał poszkodowanym wychodzić z autokaru. – Najgorsze było to, że wyciekała ropa z baru. Nie mogłem odłączyć akumulatorów, bo były one na górze, a autokar stał na dachu – mówił.
– Krzyczałem do ludzi, żeby pomogli mi rozhuśtać autobus, bo wcześniej zauważyłem, że pod nim są dwie osoby: matka z córką. Jedna z nich wyciągała do mnie rękę. Ludzie jednak wychodzili z autobusu i nikt nie zwracał uwagi na to, co mówię – opowiadał. Zapewniał, że był przy autobusie, dopóki wszyscy go nie opuścili i pomagał zanieść jednego z rannych do karetki.
W czasie całego postępowania Mykola L. utrzymywał, że jest niewinny, a zawiodły hamulce. Na sali rozpraw zmienił jednak zdanie. Stwierdził, że znając teraz wyniki ekspertyz, uznaje swoją winę. Przypomnijmy, że biegli jednoznacznie określili, że do wypadku przyczynił się niewłaściwy styl jazdy kierowcy, a pojazd był całkowicie sprawny.
Oskarżony zawnioskował o dobrowolne poddanie się karze pozbawienia wolności na 5 lat i 6 miesięcy. Prokurator przychyliła się do tego wniosku, rozszerzając jednak karę o zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych na terenie Polski na okres 15 lat.
Podobnego zdania był jeden z oskarżycieli posiłkowych. Nie zgodził się na to natomiast drugi z oskarżycieli posiłkowych, reprezentujący m.in. Tamarę Palashchuk. Kobieta podróżowała tym autokarem wraz z mężem, który zginął na miejscu. Miał 32 lata i osierocił 4-letnie dziecko. Jej zdaniem kara powinna wynosić minimum 10 lat.
W przerwie T. Palashchuk powiedziała dziennikarzom, że jej zdaniem przyznał się do winy tylko po to, żeby uzyskać mniejszy wymiar kary. Mówiła, że kierowca jechał z nadmierną prędkością przez cały czas, mimo że warunki były trudne. – Jechaliśmy z mężem na odpoczynek. Pamiętam serpentyny i jak autobus zaczął się przewracać. Wiem, że w tym momencie mąż jeszcze żył – mówiła.
– Zostałam bez nadziei, bez wsparcia, moje dziecko zostało bez ojca – dodała płacząc. Zauważyła, że pilotka wycieczki również ponaglała kierowcę i wszystkich pasażerów. Było tak choćby podczas postojów na toaletę.

fot.Paweł Bugira
Tamara Palashchuk brała udział w tragicznym wypadku. Na rozprawę przyszła ze zdjęciem miejscu zginął jej mąż.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Wieczny odpoczynek racz im dbać Panie (*)
Mysle,ze to dzieki kierowcy nie zgineło wiecej osób.To,ze jechał to jest pewne,ale sama reakcja na zaistniała sytuacje była prawidłowa bo autobus tylko sie osuna ze skarpy i zatrzymał sie na dach.
Wieczny odpoczynek racz im dbać Panie (*)
Mysle,ze to dzieki kierowcy nie zgineło wiecej osób.To,ze jechał to jest pewne,ale sama reakcja na zaistniała sytuacje była prawidłowa bo autobus tylko sie osuna ze skarpy i zatrzymał sie na dach.