Mieszkańcy Lipy w gminie Bircza doczekali się literackiej opowieści o świecie, który już przeminął, a w którym odnajdą zapewne cząstkę siebie. „Burki PGR-owskie” pióra Agaty Lalik, mieszkanki Woli Korzenieckiej, to zapis wspomnień jej dzieciństwa, spędzonych w jej rodzinnej miejscowości Lipa, ale też barwna opowieść o minionej rzeczywistości PGR-owskich osiedli.
Do tej pory zajmowała się Pani głównie poezją. Długo dojrzewała Pani do napisania „Burków PGR-owskich”?
– Tytuł miałam w głowie od kilku lat, a impuls do napisania książki przyszedł w pandemii, choć wcale nie była ona dla mnie czasem, kiedy miałam go więcej. Po prostu przyszedł odpowiedni moment.
Skąd pomysł na taką tematykę. Książka osadzona jest w PGR-owskiej rzeczywistości...
– To książka po części autobiograficzna. Złapałam się na refleksji, że obecny świat tak pędzi do przodu, że wiele rzeczy, które znam i pamiętam z dzieciństwa, umyka. Dzisiejsza młodzież zupełnie nie wie, o czym mówię, gdy wspominam dawne czasy związane ze swoim dzieciństwem. To próba ocalenia od zapomnienia tego, co minione: dawnego życia na wsi i ówczesnego życia w PGR-owskim osiedlu liczącym kilka bloków. W książce ujęłam zarówno wydarzenia, które utkwiły mi w pamięci i ciekawostki kulinarne związane z tamtym okresem.
W książce nie pada wprawdzie nazwa miejscowości Lipa, ale utarło się w jej kontekście, że rzecz dzieje się w Lipie...[paywall]
– Rzeczywiście sama nazwa nie pada, jest wskazany jedynie region, czyli południowo-wschodnia część Podkarpacia. Chciałam, żeby była to książka uniwersalna i w zasadzie można w niej osadzić każdą jedną miejscowość PGR-owską. Rozmawiając z ludźmi z różnych zakątków Polski, którzy też mieszkali w takich środowiskach i czytali moją książkę, słyszałam opinie: „tak właśnie było”.
Mimo to mieszkańcy Lipy odnaleźli się w opisanych przez Panią historiach.
– Tak, choć w książce nie ma nikogo z imienia i nazwiska. Zamieściłam nawet adnotację, że ewentualne podobieństwo do zdarzeń czy osób jest przypadkowe. Jednak – jak mówiłam – jest to po części książka autobiograficzna i wiele osób, które znam, po prostu się z nimi identyfikuje, bo pamiętają wiele wydarzeń tak jak ja.
Tytuł jest dość kontrowersyjny. Skąd się wziął? Określenie „burki” oznacza dawnych mieszkańców PGR-ów?
– Dla mnie jest wieloznaczny i prawdziwy. Burkami PGR-owskimi nazywano dzieci, które mieszkały w PGR-owskich blokach. Mówili tak o nich niektórzy dorośli, mieszkańcy tak zwanej wsi właściwej. W Polsce dzieci PGR-ów różnie były określane. „Burki” kojarzą się też z szarością, nijakością. Burki to też wolność, jaką mają psy – żyją bez harmonogramu i reguł. Każdy ten tytuł może tłumaczyć po swojemu.
Jak książka została odebrana w Pani społeczności?
– Bardzo pozytywnie przez tych, którzy ją przeczytali. Pojedyncze głosy, które się pojawiły odnośnie tytułu, należały do tych, którzy nie znali jej zawartości. Bardzo cieszy mnie, że książka żyje w sieci. Jest to bardzo miłe, kiedy widzę zdjęcia osób z moją książką na profilach społecznościowych z adnotacją typu „Burki PGR-owskie” dotarły już na Islandię, do Włoch czy pod wieżę Eifla”.
Zdjęcie, które widnieje na okładce pochodzi z Pani domowych zbiorów?
– Tak, otrzymałam je wiele lat temu. Jest to zdjęcie z mojej rodzinnej miejscowości pod moim blokiem, z moim oknem, z moją siostrą i moimi znajomymi. Chciałam umieścić taką, na której wraz z innymi dziećmi będę ja sama, ale nie mam zdjęć z okresu szkolnego czy przedszkolnego. 30 lat temu ciężko było o fotografa.
Co chciała Pani przekazać Czytelnikom?
– Przede wszystkim ocalić od zapomnienia cudowne wspomnienia i zachować miniony czas, ale też pokazać młodzieży, jak niewiele trzeba, by spędzać czas miło, beztrosko i jak łatwo można zaspokoić podstawowe instynkty. A także to, jak wyglądała kiedyś przyjaźń i koleżeństwo. Była w nas wtedy niezwykła kreatywność, potrafiliśmy zrobić zabawkę z drobnej, prostej rzeczy, a nasza wyobraźnia nie miała granic. Chciałam też pokazać niezwykły szacunek do chleba, do starszych, do dorosłych, jaki wtedy mieliśmy jako dzieci. Dziś te wartości jakoś zblakły i zubożały.
Wspomina Pani czasy swojego dzieciństwa bardzo dobrze, choć – jak napisała Pani na okładce „beztroska mieszała się z biedą, radość z pragnieniem, lęk z nadzieją”...
– Było kolorowo, tylko te kolory czerpaliśmy zupełnie z innych źródeł niż dziś: z wyobraźni, z tego co nas otacza, z sezonowości. Wspominam bardzo miło moje dzieciństwo mimo pewnych braków. Towarzyszyła nam beztroska, nie mieliśmy tak zwanej smyczy – nie chodziliśmy z telefonem, nie musieliśmy co chwilę meldować, co robimy, gdzie jesteśmy. Część z nas chodziła z kluczem na szyi, reszta chowała klucze w wiadomym miejscu, a w wielu domach drzwi w ogóle nie były zamykane w ciągu dnia, tak jak to ma miejsce teraz.
Po likwidacji PGR-ów mieszkańcy PGR-owskich osiedli zostali pozostawieni sami sobie.
– Tak to prawda. Zabrakło narzędzia, które byłoby skierowane do tych byłych już pracowników PGR-ów. Zawiśli w beznadziei, nie wiedząc, co zrobić, o czym zresztą piszę też w książce. Państwo nie zapewniło im żadnych szkoleń, nie pokazało żadnej drogi, którą mogliby pójść. Wiele osób wcześniej bardzo aktywnych zostało zepchniętych na margines. Zostali z wielkim znakiem zapytania.
W tym właśnie momencie urywa się książka. Będzie jakaś kontynuacja?
– Myślę o niej, ale na razie jest to temat otwarty. Myślę, że dopiero po zimie coś z moich rozważań na jej temat wykiełkuje i zobaczę, w którym kierunku te moje „Burki...” pójdą.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze