W Małej Galerii Fotografii, funkcjonującej w Muzeum Historii Miasta (Rynek 9), można oglądać prace kieleckiego artysty Wojciecha Gepnera.
Wystawa, na której nostalgia miesza się z ironią, ma obco brzmiący tytuł „Graceland”, co dosłownie znaczy „kraj pełen wdzięku”. Kilkadziesiąt wielkoformatowych, nasyconych mocnym kolorem fotografii, a na nich jakby dobrze znane nam[paywall] widoki, których ślady jeszcze można znaleźć gdzieś na prowincji.
Stara budka z lodami przerobiona na bank, salon fryzjerski i solarium w komórce, stacja paliw i pies, który jej pilnuje przed złomiarzami, łabędź misternie wyrzeźbiony ze starej opony, koślawy szyld nieistniejącego sklepu, dziecięce graffiti na ścianie rozsypującego się budyneczku, a człowieka jak na lekarstwo. Artysta zadał sobie trud i podróżując po kraju, fotografował miejsca, których urok – jego zdaniem – wynikał z ich autentycznej niezwykłości, wykreowanej mniej lub bardziej przemyślanym działaniem człowieka.
Tak powstała opowieść o czasach zgrzebnego kapitalizmu, który rodził się na prowincji wedle zasady „dzisiaj ściernisko, jutro San Francisco”. Opowieść o estetyce, w której palma była symbolem luksusu, a angielsko brzmiący napis namiastką zachodniego świata. Szerokie, najczęściej centralne kadry, specyficzne światło potęgują nastrój i odrealniają fotografowany pejzaż, który zaczyna przypominać ten z horroru.
Taki zabieg powoduje, że przestajemy widzieć brzydotę czy tandetę i patrzymy jak na baśń o minionych czasach. Jeszcze dygresja. Oglądając fotografie Gepnera, miałem skojarzenia z modnym w Ameryce gatunkiem zdjęć robionych w czasie jazdy highway’em, kiedy fotograf, pokonując tysiące mil, zatrzymuje się na moment, żeby sfotografować opuszczony motel, stację benzynową albo rdzewiejący wrak samochodu. Tak jak robił to Martin Par i wielu innych artystów przed nim.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze