Ksiądz Stanisław Zarych umierał przy zapalonej gromnicy, trzymając w jednej ręce krzyż i różaniec, a w drugiej dłoń ks. Jana. Do końca był świadomy i przytomny.
W ciągu ponad 50 lat życia w Przemyślu ks. Stanisław Zarych trwale wpisał się w obraz miasta. Mimo sędziwego wieku cieszył się dobrym zdrowiem i często można było go spotkać na ulicy. Równie często stawał przy bramie wjazdowej na podwórze klasztoru ss. Benedyktynek, gdzie oczekiwał na samochód. Zazwyczaj był to jeden z księży, który podwoził go na jakąś uroczystość. Ks. Zarych sam nigdy samochodu nie posiadał, bo i prawa jazdy nigdy nie miał. Gdy był młodszy, jeździł rowerem lub motorynką. Czekając, nieraz spotykał kogoś znajomego, zawsze witając go: „Co tam u ciebie słychać, bracie?”[paywall]. – Kochał wszystkich ludzi, bez względu na to, czy ktoś był wierzący, czy niewierzący, czy trzeźwy, czy alkoholik, czy dziecko, czy dorosły. Do każdego odnosił się z szacunkiem. Wszyscy byli dla niego braćmi. Tą swoją otwartością, optymizmem i prostotą ujmował ludzi – wspomina ks. Jan Mazurek, obecny proboszcz parafii Świętej Trójcy. – Nigdy nikogo nie oceniał. Chociaż sam był wykształcony, miał doktorat, nikt nie odczuwał jakiejkolwiek wyższości z jego strony, wręcz przeciwnie – dodaje duchowny.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Wspaniały Człowiek i Ksiądz. Szkoda, że nas już zostawił.
Będzie brakowało nam księdza Stanisława na parafii, w Kościele i przed tą bramą ....czekającego......Smutne.