Reklama

Kultowe miejsca: „Bratek” – kwiaciarnia z dawnych lat

11/04/2016 13:31

– W latach 80. na Dzień Kobiet kupowaliśmy 5 tysięcy goździków. Każdy zakład zamawiał kwiaty dla pracownic. Po koniec dnia wywieszaliśmy kartkę z informacją „Kwiatów ciętych brak” – wspomina czasy prosperity Janusz Lechowicz, współwłaściciel kwiaciarni „Bratek”. Po transformacji ustrojowej, wskutek otwarcia się Polski na rynki zachodnie, w branży zaszły spore zmiany...

Od ponad 35 lat przy ul. Słowackiego 60 można zaopatrzyć się w kwiaty. Kwiaciarnię „Bratek” otworzył w 1980 r. nieżyjący już Zygmunt Buczyński. Doglądał interesu z synem. Gdy ten wyjechał do USA, właściciel zaproponował współpracę Januszowi Lechowiczowi. Połączyli siły. Wspólnik zrezygnował z prowadzenia ajencyjnej kwiaciarni w innej lokalizacji. Pomimo że firma przetrwała mniejsze i większe burze dziejowe, zmiany ustroju, rządów i ma się dobrze, J. Lechowicz z sentymentem wspomina stare dzieje. 


fot.Aleksandra Białoń
Kwiaciarnia „Bratek”. Najbliższa okolica to ulice Słowackiego, Leszczyńskiego, Smolki.

Reklama

Kwiaciarnia z dawnych lat

– Kwiaciarni było sporo. Z dawnych lat zostały dwie – nasza i pani Zielińskiej na Krasińskiego – zauważa właściciel „Bratka”. Można śmiało powiedzieć, że[paywall] do czasu interes kwitł. – Po kwiaty jeździło się nie do Rzeszowa, lecz na giełdę do Warszawy – raz na tydzień czy dwa tygodnie. Towar brało się od polskich producentów, nikt nie słyszał o holenderskich wynalazkach – dodaje. Miejscowi „badylarze”, czyli właściciele szklarni, a było ich sporo w regionie, nie mogli nadążyć z hodowlą, limitowali towar. – Kiedy otwierałem pierwszą kwiaciarnię, musiałem skorzystać z protekcji, by dostać się do lokalnego producenta – przyznaje J. Lechowicz. Podstawowym kwiatkiem był wówczas goździk, gerbera, w dalszej kolejności frezja i róża. Nie znano rafii, sizalu, bazowano na plastikowej wstążce nawiniętej na 500-metrową szpulę, dostępnej w dwóch gatunkach. Polska była matowa, włoska – bardziej błyszcząca. Stosowano wyłącznie celofan i rękaw (srebrny z jednej strony, z drugiej – przezroczysty). A jednak kwiaciarnie prosperowały niegdyś doskonale.

Z nutką goryczy dodaje: – Prywaciarze nie byli wówczas mile widziani. Traktowano nas jak złodziei, kontrolowano. Przede wszystkim czynił to urząd skarbowy. Gdy wracało się z Warszawy, zaraz po wyjeździe z giełdy lub na trasie policja skarbowa zatrzymywała, żądała okazania faktur na cały towar, przeglądała, sprawdzała. 

Koniec prosperity

Od momentu, kiedy Holandia weszła na polski rynek, „badylarze” zaczęli plajtować. – To były lata 90. Produkt holenderski okazał się tańszy, choć gorszej jakości. Podobnie jest obecnie, stąd preferuję polski towar. Aktualnie sprzedaje się przede wszystkim róża, także margaretka. Wraca do łask goździk – zwykły i gałązkowy, sprowadzany z Ameryki Południowej, z Kolumbii i Ekwadoru, ładny – trzeba przyznać. Klienci kupują również astromerium, anturium, tulipany. Frezja holenderska jest beznadziejna w porównaniu z dawną, polską, której grzebień był przepiękny. Ponadto popularne są storczyki, banksje, helikonie z Holandii – wcześniej tego nie było. W tej chwili z kwiatami nie ma problemu, także z zielenią do przybrania. Niegdyś mieliśmy do dyspozycji asparagus pospolity i pierzasty, liście gerbery. Dziś jest aspidistra, robelini, kordylina, grewilla… i konkurencja – objaśnia nasz rozmówca. Mówiąc o konkurencji, Janusz Lechowicz ma na myśli sklepy wielkopowierzchniowe. – Markety to śmietnik – stwierdza wprost. – Kwiat, który idzie na giełdę, musi spełniać określone normy. Co giełda odrzuca, to trafia do marketów – uzasadnia. 

Reklama

Szału nie ma

– Kiedyś 8 marca, w Józefa stał przed kwiaciarnią ogonek. Podobnie w Stanisława, Andrzeja, Marii, Anny, Krystyny, Dzień Matki czy na zakończenie roku szkolnego – wylicza właściciel „Bratka”. I powraca do współczesności: – Dziś żadne imieniny nie powodują kolejki, nie wywołują szału. Trzy dni są takie, że trzeba się napracować. W dalszym ciągu jest to Dzień Kobiet – w tym roku był dobry, nawet bardzo, Dzień Matki, walentynki. Jeśli chodzi o Święto Zmarłych, ci, którzy hodują chryzantemy, sprzedają je aktualnie głównie we własnym zakresie.

W XXI w. zdezaktualizowały się pewne zwyczaje, ale i pojawiły nowe możliwości. Od 2000 r. „Bratek” współpracuje z Pocztą Kwiatową, przyjmuje i realizuje zamówienia. W ciągu miesiąca kwiaciarnia otrzymuje ok. 50 zleceń. – Nieraz dwa dni nie ma nic, później w jeden dzień przychodzi 5 zleceń. W marcu, maju jest ich bardzo dużo. Jeśli chodzi o ceny – ładny bukiet kosztuje 100 – 150 złotych  – informuje J. Lechowicz.

Januszowi Lechowiczowi pomaga żona. – Stroimy kościoły, sale na śluby, inne uroczystości, dekorujemy kwiatami samochody. Korzystamy z literatury fachowej, by być na bieżąco, jeździmy na szkolenia do Warszawy – uzupełnia wypowiedź męża Iwona Lechowicz. Jacy są klienci, czy wybrzydzają, marudzą? – Różnie bywa – brzmi odpowiedź. – Są osoby, które przychodzą, mówią „Proszę mi zrobić ładny bukiet. Dziękuję, podoba mi się”. Inni najchętniej sami stanęliby za ladą, instruują „Troszkę w lewo, troszkę w prawo, ten kolor nie, proszę poprzedni z powrotem” i tym podobne. Generalnie jednak klienci są zadowoleni. Co więcej, w 2014 r. „Bratkowi” przyznano certyfikat „Firma Godna Zaufania”. Trzeba przyznać – właściciele kwiaciarni pracowali na ten tytuł przez lata.
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości