Już. Po wszystkim. Trzy lata. Tyle trwała fantasmagoria zwana „reinkarnacją przemyskiej koszykówki”. Twór – jak się teraz okazuje – o nazwie Niedźwiadki Chemart Przemyśl znikł z koszykarskiej mapy. Ot tak, na pstryknięcie palcem. Nie został zgłoszony do rozgrywek I ligi. Pozostało jedynie potężne rozczarowanie, niedowierzanie, wielki smród i spalona ziemia. Drużyna pod nazwą Niedźwiadki Przemyśl najprawdopodobniej zagra w II lidze. Ma być zalążkiem „czegoś” nowego...
Była mniej więcej połowa 2021 r., kiedy Daniel Puchalski ogłosił światu, że przemyska koszykówka, słynne Przemyskie Niedźwiadki, powstają z martwych. W rozmowie z naszą redakcją powiedział m.in.:
– Artur (Lewandowski – przyp. aut.) od dawna przyglądał się naszym poczynaniom w grupach młodzieżowych, które zakończyły się zdobyciem mistrzostwa Polski juniorów. Pewnego razu zaproponował mi, abym podobny system wdrożył i realizował w Krakowie. Odmówiłem, bo Przemyśl to moje miejsce. Potrzebował rok na przemyślenie wszystkiego. Przyjechał do mnie i powiedział, że skoro ja nie chcę w Krakowie, to on chce w Przemyślu!
Reklama
Wszystko tworzone było od podstaw, choć te na poziomie młodzieżowym były stabilne.
– Nie chcemy z żadnym przytupem. Chcemy, aby to było stabilne. Zwróciliśmy się do PZKosz o dziką kartę do drugiej ligi. Otrzymaliśmy ją dopiero pod koniec lipca. Wszystko pod względem organizacyjnym wziął na siebie Artur. Chcąc mieć najlepszą akademię koszykówki w Polsce, musimy mieć kontynuację w gronie seniorów. Oczywiście bez szaleństw, bo nie chcemy budować zespołu na wynik na już. Stworzyliśmy drużynę opartą tylko i wyłącznie o chłopców z Przemyśla. Nie liczymy na feerie wygranych. Potrzebujemy jednego sezonu, aby wprowadzić ich, ale i naszych juniorów na wyższy poziom. W kolejnym sezonie zagramy już o awans do pierwszej ligi. I oczywiście zespół będzie musiał wyglądać inaczej. Będzie musiał być znacznie mocniejszy. Naszym celem jest jednak gra w ekstraklasie
Reklama
– odważnie zapowiedział D. Puchalski.
11 lutego 2021 r. na łamach Gazety Krakowskiej ukazał się materiał autorstwa Bartosza Karcza pod tytułem: „Wisła Kraków. Awantura pod wiślackim koszem, czyli jak z wielkich planów niewiele zostało”. Autor rozpoczął z wysokiego pułapu. Można rzec porywająco:
Potem było już nieco mniej sympatycznie.
Zdaniem autora, ale przede wszystkim władz „Białej Gwiazdy”, nie miał do tego żadnego prawa...
Po co to prezentujemy? Finałem całej zawieruchy było wycofanie się A. Lewandowskiego ze sponsorowania Wisły. Prawdę powiedziawszy, z dnia na dzień.
Przemyskie Niedźwiadki rosły w siłę. Wszystko odbywało się zgodnie z napisanym scenariuszem. Był ogromny entuzjazm, chęci i rozkochiwanie kolejnych kibiców w baskecie. Było bajkowo. Słodycz lała się strumieniami. Na meczach ramię w ramię koszykarzom kibicowali A. Lewandowski i cały wianuszek mniej lub bardziej znanych osób w mieście. Sala z cateringiem w przerwach koszykarskich spotkań pękała wręcz w szwach. Ogólnemu entuzjazmowi poddawali się nawet ci, którzy nie mieli zielonego pojęcia o koszykówce, a na sportowych zawodach pojawili się pierwszy raz w życiu. Wiadomo: jest sukces, jest jego ojców wielu. Absolutnie nie jest to żaden zarzut, bo w jedności siła. Okazało się, że na koniec D. Puchalski został sam. Niczym ostatni Mohikanin, który wierzył do końca, iż najczarniejszy ze scenariuszy się jednak nie ziści.
Pierwszy sezon w II lidze był na tzw. przetarcie. Drugi miał przynieść awans na zaplecze ekstraklasy. I przyniósł! Po pokonaniu Sokoła Międzychód feta trwała do białego rana.
W niezwykle obszernym wywiadzie, jakiego udzielił naszemu tygodnikowi A. Lewandowski, na pytanie czy jest dumny, odpowiedział m.in.:
– Jeszcze chyba nie. Dumny będę, kiedy powoli, krok po kroku, zrealizujemy wszystkie zakładane cele. Dumny będę, kiedy zbudujemy społeczność kilku tysięcy ludzi, którzy pokochają nasz klub i koszykówkę tak mocno jak my. Kiedy sprawimy, że każdy chłopak, a może i dziewczynka, w tym mieście będzie marzył o tym, aby nosić nasze barwy lub być częścią naszego zespołu. Kiedy co roku do naszej akademii będzie chciało przystąpić więcej dzieci niż pozwalają na to warunki, Kiedy zbudujemy klub, o grze w którym będą marzyć zawodnicy i trenerzy z całej Polski. Dumny będę, kiedy powstanie nowa hala w Przemyślu i trzy tysiące karnetów sprzeda się w mig przed sezonem, w którym będziemy grali o mistrzostwo Polski, a później może w europejskich pucharach. Dumny będę, kiedy nasi wychowankowie zagrają w Eurolidze czy NBA. Dumny będę, kiedy uda się zbudować klub, który zagra w Eurolidze.
Reklama
Prawda, że brzmiało pięknie? Naprawdę można było się rozmarzyć i oczami wyobraźni ujrzeć na parkiecie przemyskiej hali sportowej choćby: Real Madryt, Maccabi Tel Awiw, Żalgiris Kowno czy Partizana Belgrad.
Pierwszy sezon Przemyskich Niedźwiadków w I lidze miał być – podobnie jak w II lidze – doświadczalnym. Ale był niezwykle ciężki. Podstawowym powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że zespół nie otrzymał odpowiedniego doświadczenia. Pomysł D. Puchalskiego na grę zawodnikami, których sobie „wymyślił”, nie przyniósł pożądanych efektów. Ci bardzo długo nie byli w stanie, bo brakowało umiejętności, odrzucić w kibicach myśli o… spadku z I ligi. Nie pomógł wynalazek w postaci serbskiego trenera Petara Zlatanovicia, który niczego nie wniósł. To co wygrał, wygrałby w roli trenera i D. Puchalski. Koniec końców, tylko i wyłącznie dzięki… własnemu pomysłowi na prowadzenie gry i zdobywanie punktów przez CJ Wilsona i Mateusza Szczypińskiego udało się w niewiarygodnych okolicznościach wygrać w Międzychodzie i uratować ligę.
We wspomnianym wywiadzie zapytaliśmy A. Lewandowskiego czy w którymś momencie mu się nie znudzi?
– Ciężko definitywnie odpowiedzieć: tak, nigdy mi się nie znudzi. Jest wiele aspektów, które warunkuje powodzenia naszego projektu. Najważniejszy to ludzie. Dopóki będziemy tworzyć środowisko, które jednoczy, tworzyć miejsca pracy, do których ludzie z przyjemnością będą przychodzić, miejsca, gdzie wspólnie spędzony czas będziemy miło wspominać, miejsca, do których przyjścia nasze dzieci nie będą mogły się doczekać, gdzie mnóstwo chętnych nas będzie wspierało, kiedy ludzie tak najzwyczajniej jak do tej pory będą przychodzić uśmiechnięci i oferować swoją pomoc, odpowiadam: tak, nigdy mi się nie znudzi! Dopóki dzieci będą chodziły na treningi i wpatrzone na meczach w swoich idoli ciężko trenować z nadzieją, że w nagrodę będą mogły zająć ich miejsce w przyszłości, dopóki to, co robimy, będzie wzbudzało uśmiech na buziach najmłodszych oraz wywoływało emocje, gęsia skórkę czy tez łzy czasem szczęścia, czasem porażki, dopóki zdrowie będzie nam dopisywało, odpowiadam: tak, nigdy mi się nie znudzi! Nie znudzi się nam tworzyć czegoś tak wspaniałego co daje wszystkim szczęście, zapewnia rozwój i daje gwarancje miło spędzonego czasu – odpowiedział.
Reklama
Kilka dni po zakończeniu I-ligowego sezonu D. Puchalski miał już pomysł na zespół przed kolejną kampanią 2024 – 2025. Miał już konkretnych zawodników (nazwisk podawać nie będziemy, bo wielki żal – przyp. aut.), których chciał mieć w teamie. Nazwiska znane i cenione w świecie koszykówki. Zespół o wiele bardziej doświadczony, śmiało mogący aspirować do wskoczenia na wyższy szczebel I-ligowego wtajemniczenia. Niestety, planów nie udało się mu zrealizować. Spełniło się jedno jedyne – wśród fal entuzjazmu i euforii – zdanie, jakie wypowiedział A. Lewandowski na naszych łamach. Zdanie, mające w sobie pewną wątpliwość: nie zarzekł się, że nigdy mu się nie znudzi…
Niestety, znudziło się. W zasadzie z dnia na dzień. Przemyśl wrócił do źródeł, czyli westchnień do pięknych czasów. Po nadsańskim mieście zaczęły krążyć różne plotki, dotyczące powodów. A to, że obraził się na Przemyśl, bo w wyborach samorządowych, w których zdecydował się wystartować, otrzymał ledwie 47 głosów. A to, że się bardzo poróżnił z prezydentem miasta Wojciechem Bakunem, bo kiedy przyszło do konkretów, ten drugi schował głowę w piasek. Konkretem miał być choćby znacznie większy wkład finansowy samorządu w zespół koszykówki. Jakby nie było, decyzja zapadła nagle i miała w sobie coś z opisanej powyżej sytuacji w Wiśle Kraków piórem dziennikarza Gazety Krakowskiej.
– Przypadkowo się dowiedziałem, że Wisła może nie wystartować w kolejnym sezonie w rozgrywkach, pomyślałem, iż można odbudować ten klub. Zaproponowałem pomoc. Po kilku miesiącach jednak zorientowałem się, że z ludźmi, którzy zarządzają klubem, niczego nie zbudujemy. Dlaczego? Bo ile by się nie powierzyło im pieniędzy, zawsze było za mało i zawsze na wszystko brakowało. Kiedyś porównałem to do wiadra z kilkoma dziurami, którego nigdy nie napełni się wodą, bo zawsze ta wypłynie. Ten temat z pewnością jest bardzo ciekawy nie tylko dla kibiców z Przemyśla, a przede wszystkim z Krakowa. W kilku zdaniach nie da się tego tak łatwo przedstawić. To jest materiał na książkę. Mam już nawet tytuł: „Moje pół roku w Wiśle, czyli jak powstały Niedźwiadki Przemyśl”. Może kiedyś zdecyduję się ujawnić krok po kroku, co się tam działo
– barwnie opisał sytuację sprzed lat na naszych łamach A. Lewandowski we wspominanym już wywiadzie.
Czy zdecyduje się ujawnić, co się działo w Przemyślu? Dlaczego z dnia na dzień miłość przerodziła się w złość, a może nawet nienawiść? Być może… Zadaliśmy mu kilka pytań, obiecał, że odpowie.
Artur Lewandowski jest posiadaczem licencji na grę w I lidze koszykówki mężczyzn zespołu pod nazwą Niedźwiadki Chemart Przemyśl oraz licencji na grę w II lidze koszykówki mężczyzn zespołu pod nazwą Niedźwiadki Chemart II Przemyśl. Był pomysł z jego strony, aby miejsce w I lidze przekazać (sprzedać) spadkowiczowi z tej klasy rozgrywkowej – AZS AWF Mickiewicz Katowice. Nic z tego nie wyszło. Nic nie wyszło także z chęci powrotu z koszykówką pod Wawel. Podobno władze miasta nie widziały jakiejkolwiek możliwości współpracy z A. Lewandowskim. Ostatnim pomysłem było spotkanie z założycielem i prezesem Trefla Sopot Kazimierzem Wierzbickim. Pierwszy zespół Trefla niedawno został mistrzem Polski, drugi zespół występuje w II lidze. Pomysłem A. Lewandowskiego i K. Wierzbickiego była gra w I lidze drużyny pod nazwą Niedźwiadki Chemart Sopot. Nadmorski kurort, słynny m.in. z molo i festiwalu piosenki, miałby więc w każdej z lig centralnych swojego przedstawiciela. Oby tylko A. Lewandowskiemu się nie znudziło…
Licencję na grę w II lidze prawdopodobnie przekaże jednak D. Puchalskiemu (choć to przez wiele tygodni nie było pewne). Być może jeszcze minimum sentymentu pozostało, wszak na podsumowanie cytowanego już kilka razy wywiadu A. Lewandowski określił Przemyskie Niedźwiadki jako „wspaniały, najukochańszy klub na świecie”.
– Jestem i będę orędownikiem rozwoju sportu w Przemyślu, w tym drużyn zawodowych i półzawodowych. Z Arturem Lewandowskim połączyła nas wizja odbudowy przemyskiej koszykówki, sportu z wielkimi tradycjami w mieście. Należy dodać, że wyłącznym właścicielem i zdecydowanie większościowym sponsorem drużyny Niedźwiadków był właśnie Artur i chwała mu za to, że obudził tego śpiącego w mieście niedźwiedzia. Szkoda jednak, że nie udało się zrealizować długoterminowych założeń, bo dla mnie to jest najważniejsze. Rozwój drużyny planowaliśmy i nadal planujemy na dziesięć lat z plusem.
– Nasze prywatne relacje nie mają znaczenia przy prowadzeniu projektu, jakim są Niedźwiadki.
– Z jednej strony właściciel oczekiwał zaangażowania finansowego w drużynę, z drugiej rozwoju infrastruktury sportowej, z której korzysta drużyna.
– Miasto było zaangażowane pod kątem finansowym, przeznaczając środki zarówno z dotacji na sport, jak i z promocji poprzez sport, ale także pod kątem organizacyjnym, wspierając projekt rozwoju młodzieży zarówno na poziomie szkół podstawowych, jak i średnich. Efektem tego są klasy prowadzące tak zwane innowacje w sporcie, polegającą na zwiększonej liczbie jednostek treningowych dla uczniów szkół.
– Ciężko rozpatrywać możliwości pomocy przemyskiej koszykówce, nie mając informacji co do działań właściciela klubu, a co za tym idzie właściciela licencji. Rozpoczęliśmy już rozmowy z Polskim Związkiem Koszykówki i jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to być może uda nam się utrzymać zespół w drugiej lidze i od tego poziomu ponownie rozpocząć odbudowę drużyny.
– Miasto nie jest związane żadną umową z klubem, a wypłata środków następowała na podstawie konkursu na realizację zadań z zakresu sportu, a także promocji miasta przez sport. Uruchomiony został kolejny konkurs na realizację pierwszego z tych zadań, do którego drużyna Niedźwiadków może przystąpić. Kwota zaplanowana w konkursie powinna pokryć się z oczekiwaniami właściciela klubu, jednak sam konkurs zakłada przeznaczenie środków dla drużyny która będzie kontynuować swoją działalność.
Przemyska (seniorska) koszykówko, przepraszam! Choć jestem ostatnią osobą, która powinna to zrobić, przepraszam. Przepraszam za tych, którzy okazali się tchórzami, aby stanąć z Tobą twarzą w twarz i powiedzieć Ci otwarcie, że tak naprawdę byłaś niczym. Zabawką w rękach dużych, acz niepoważnych chłopców z piaskownicy. Przepraszam, że po raz drugi w historii potraktowali Cię jak zwykłego śmiecia, którego można bezpardonowo zgnieść i wyrzucić na śmietnik. Że – wbrew wielkim, ale zupełnie pustym słowom, karykaturalnym szumnym zapowiedziom – nie Twoje dobro i rozwój się liczył. Na pierwszym miejscu była obłuda, narcyzm i chęć pokazania, kto ma większe „jaja”. Nie wiem, który raz był gorszy. Chyba jednak ten sprzed kilkunastu tygodni. Bo stałaś się także ladacznicą, którą można bez żadnego skrępowania kupczyć! Pogrzebali Cię żywcem, kiedy zaczęłaś rozkwitać. Jak zwykli barbarzyńcy. Pewnie czujesz się tak, jakby zrobili z Ciebie pośmiewisko na całą Polskę, ale największe podśmiechujki zrobili z siebie. Spoczywaj w spokoju. Nie myśl o ponownym powstaniu. Nie warto. Nie ma po co, ale przede wszystkim – nie ma dla kogo.
***
Żadna tam to „inwokacja”. Może nieco nieudolna, zbytnio rozbudowana apostrofa, jakoś tam adekwatna do stanu emocji i zażenowania całą sytuacją. To, co się stało, wcale jednak mnie nie dziwi. Byłem więcej niż pewien, że prędzej czy później może do tego dojść. Że tak to się skończy. Że taki scenariusz jest pisany. Zbyt wszystko było piękne, aby było prawdziwe i godne zaufania. Zbyt wiele obietnic było składanych, bez jakiegokolwiek pokrycia w rzeczywistości. Kilka razy w tzw. kuluarach próbowałem to delikatnie zasugerować, ale poziom entuzjazmu i uwielbienia był nie do pokonania...
Szło za łatwo. Wszystko było na wariackich papierach. Było szastanie groszem na lewo i prawo bez jakichkolwiek fundamentów prawdziwego klubu sportowego. Powstała fundacja, akademia, ale bez żadnych zabezpieczeń. Oddanie wszystkiego w ręce jednej osoby było czystym samobójstwem. Zdanie się na widzimisię owego (w tym stwierdzeniu nie ma żadnego znaczenia kim jest ów „owy”, czy to Artur Lewandowski czy ktokolwiek inny) obarczone od zawsze jest niebezpieczeństwem pobudki z ręką w nocniku. Nie było klubu (spółki), który ma przede wszystkim kręgosłup – władze, zarząd, jasno określony budżet, statut, itd. O siedzibie nie wspomnę, bo ta… nie wiadomo gdzie była (podobno w POSiR). A najpewniej w jednym z… pokojów mieszkania Daniela Puchalskiego. Daniela, któremu bardzo współczuję. Znalazł się między młotem a kowadłem. Chciał dobrze, ale wyszło – po raz kolejny – jak zawsze.
Niedźwiadki już wyfrunęły z nadsańskiego grodu. Naprawdę Przemyśl ma być dumny i szczęśliwy z faktu, że z owoców włożonej przez trzy lata pracy przez trenerów w rozwój zawodników profity będą czerpać inne zespoły? Naprawdę? To jakiś ponury żart.
Nie waham się powiedzieć, że „współwinowajcami” tej sytuacji był... obiad i Krasiczyn. To tam doszło do pierwszego spotkania szefa krakowskiej spółki „Chemart”, przemyślanina z urodzenia, Artura Lewandowskiego z Wojciechem Bakunem, prezydentem miasta. Do drugiego – dwa dni później. Podobno rozmawiali... 13 godzin, kreśląc cele i wspominając, jak to kiedyś było cudownie. To wówczas zapadły pierwsze decyzje oraz pierwsze deklaracje z obu stron o formie i kształcie projektu. Teraz się okazało, że te spotkania były przekleństwem. Najlepiej byłoby, gdyby w ogóle do nich nie doszło! Bo największym dramatem całej sytuacji były rozbudzone i szybko storpedowane nadzieje. Tych, którzy uwierzyli w bajki o ekstraklasie, a nawet Eurolidze. Najlepiej by było, aby przemyska koszykówka wciąż żyła wspomnieniami.
Podobno bardzo się polubili. Pytanie (które z pewnością pozostanie dla wielu retoryczne): co się wydarzyło, że się odlubili? Można tylko domniemywać: ten pierwszy zaczął wymagać... Wymagać zapewne większego zaangażowania się władz miasta w ten projekt. Do czego to zmierza? Ano do konstatacji, która paść musi: czy winą za ten komediodramat należy obwiniać tylko jedną stronę? Chyba nie...
Przemyśl nigdy nie miał, nie ma i mieć nie będzie szczęścia do osób zarządzających sportem. Tym mniejszym i tym większym. Jednostkowe wybryki w żadnym wypadku nie były, nie są i nie będą owocem mniej lub bardziej długofalowego planu. Miłości do lokalnego sportu ogólnie. Zwykłą paplaninę, szelmowską demagogię, pokazywanie jakiś wykresów wzrostu, słupków poprawności, procentów, etc. pozostawię bez komentarza. „Wyniki” mówią same za siebie. Nie chce mi się nawet wymieniać, bo krew zalewa. Ostał się jeden futsal na odpowiednim poziomie.
Długo przed oczami miałem scenkę z filmu Juliusza Machulskiego „Kiler-ów 2-óch”. Stoją oto na polu pełnym pięknego polskiego zboża genialny w roli „Siary”, nieodżałowany, Janusz Rewiński i równie dobry w roli „Wąskiego” Krzysztof Kiersznowski. Ten drugi z bukietem biało-czerwonych goździków na powitanie. Patrzą w niebo... Za moment z samolotu ma się desantować sobowtór Jurka Kilera. Niestety, spadochron zawiódł. Nie otworzył się... „Siara”, jak to „Siara”, rzekł: „No i w pizdu, wylądował, i cały misterny plan też w pizdu”. Lokalne konteksty sami sobie dopasujcie.
Na koniec prośba do odpowiednich person w tym mieście: już nigdy więcej nic nie planujcie, nic więcej nie rozważajcie, przestańcie fantazjować i pleść głupoty. Wystarczy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze