Reklama

Niedoceniany brąz ekipy Teodora Mołłowa

13/07/2016 14:01

Kilkanaście tygodni temu minęło 20 lat od zdobycia przez koszykarzy Polonii Przemyśl brązowego medalu w polskiej ekstraklasie. Jak doszło do tego sukcesu? Wciąż z wielkim sentymentem wspomina się srebro zdobyte w sezonie 1994 – 1995, ze znacznie mniejszą atencją podchodząc do brązowego medalu, wywalczonego sezon później przez zespół dowodzony przez Bułgara Teodora Mołłowa (obecnego trenera reprezentacji Polski koszykarek).

Wiosną 1995 roku, wkrótce po zakończeniu znakomitego dla Przemyskich Niedźwiadków sezonu, gdy jako ligowy beniaminek sięgnęli po wicemistrzostwo Polski, w zespole nastąpiły istotne zmiany. Przede wszystkim na stanowisku trenera – Tomasza Służałka zastąpił Teodor Mołłow, który z Aspro Śnieżką Świebodzice wywalczył czwarte miejsce w ekstraklasie. Biorąc pod uwagę potencjał sportowy i finansowy tego klubu – kontynuatora tradycji Górnika Wałbrzych – powszechnie odebrano ten wynik jako duże osiągnięcie, za jego głównego autora uznając właśnie Bułgara. Szkoleniowiec, znany kibicom z emocjonalnych reakcji na boiskowe wydarzenia, a przy tym niezwykle zaangażowany w swoją pracę, miał w kolejnych rozgrywkach zadbać o sukces Polonii[paywall].

Dzieci Mołłowa

Wraz z trenerem w mieście nad Sanem pojawiło się trzech graczy tego klubu: Roman Rutkowski, Andrzej Adamek i Daniel Puchalski. Pierwszy z nich, skrzydłowy znany ze znakomitego rzutu za 3 punkty, zaliczał się do czołowych strzelców ligi. Dwaj kolejni to „dzieci Mołłowa” – wychowankowie Górnika Wałbrzych, wprowadzani przez tego szkoleniowca kilka lat wcześniej do pierwszej drużyny. Rozgrywający Adamek zbierał bardzo dobre recenzje za swoje występy w Śnieżce, co spotkało się z zainteresowaniem ówczesnego selekcjonera reprezentacji Eugeniusza Kijewskiego. Grający pod koszem Puchalski wyrobił sobie natomiast opinię jednego z największych walczaków w lidze. O ile po jego kolegach oczekiwano, iż z miejsca „wskoczą” do pierwszej „piątki” i będą odgrywać czołowe role, to „Daniuś” miał być zmiennikiem Amerykanów.

Reklama

Daryl został

Trzech koszykarzy ściągniętych z Wałbrzycha czekało dość trudne zadanie. Mieli zastąpić Dariusza Szczubiała, Justyna Węglorza i Wojeciecha Królika – niesamowicie doświadczonych zawodników, których umiejętności i wkład w srebro był nie do przecenienia. Z racji zaawansowanego wieku, odejście dwóch pierwszych nie stanowiło zaskoczenia. Pozostać miał popularny „Zając”, jednak pod koniec okresu transferowego niespodziewanie zdecydował się na powrót do warszawskiej Polonii. Wydawało się, że odejdzie również Daryl Thomas, który nawet polecił swojego następcę, ale ostatecznie ten bardzo wszechstronny skrzydłowy zdecydował się kontynuować karierę w teamie znad Sanu. W składzie na sezon 1995 – 1996 pozostał również jego rodak Nathan Buntin, a także: Krzysztof Mila, Arkadiusz Miłoszewski, Artur Olszanecki, Wojciech Banaś i Tomasz Przewrocki.

Budowa zespołu

Mimo tonowania nastrojów przez Mołłowa, powtarzającego że zaczyna budowę zespołu, który apogeum możliwości ma osiągnąć w trzecim sezonie współpracy, w Przemyślu głośno mówiło się o zdobyciu mistrzostwa Polski już wiosną 1996 roku. Takie aspiracje zgłaszały jednak ponadto co najmniej dwa kluby. Przede wszystkim znacząco wzmocniły się Bobry Bytom – pojawili się tam Adam Wójcik oraz świetni Amerykanie – Joe Daughrity i Jeffrey Stern. Zamiar walki o najwyższe trofea deklarowali również włodarze znajdującego się w ścisłej czołówce od trzech lat Nobilesu Włocławek. Sporo zamieszać mogła broniąca tytułu Mazowszanka Pruszków, mimo odmłodzenia składu. Ruchy kadrowe wskazywały, że te rozgrywki będą ciekawsze. W zasadzie każdy klub postawił sobie za punkt honoru wypełnienie limitu obcokrajowców i zakontraktowanie dwóch Amerykanów. Jeden z nielicznych wyjątków stanowił Nobiles, ale tam gwiazdą pierwszej wielkości był Igor Griszczuk, który wówczas jeszcze nie posiadał polskiego obywatelstwa.

Reklama


fot.ze zbiorów własnych
Mistrz NCAA z 1994 r. barwach Uniwersytetu Indiana, zawodnik Sacramento Kings (NBA), jeden z najwszechstronniejszych koszykarzy, którzy kiedykolwiek zagrali w polskiej ekstraklasie, dwukrotny medalista Mistrzostw Polski z Polonią Przemyśl Daryl Thomas (obecnie kierownik ds. rozwoju zawodników w Chicago Bulls).

Wzloty i spadki

Niedźwiadki rozpoczęły sezon od pewnej wygranej we własnej hali ze Śląskiem Wrocław, do którego po trzyletnim pobycie w USA powrócił Maciej Zieliński. Później przyszła minimalna porażka w Pruszkowie i triumf po zaciętym boju u siebie z Nobilesem. W pierwszej rundzie Polonia przegrała jeszcze w Białymstoku i Poznaniu. W ostatniej kolejce tej części przemyślanie wygrali mecz na szczycie z Bobrami na wyjeździe 97:92. Największy udział w niezwykle cennej wiktorii miał Thomas, który zdobył aż 35 pkt. Po tym rozstrzygnięciu oba teamy znajdowały się na czele ligowej stawki, mając w dorobku po 8 zwycięstw i 3 porażki.

Reklama

Początek rundy rewanżowej był nieudany. Drużyna znad Sanu zanotowała trzy przegrane z rzędu – we Wrocławiu, domową z Mazowszanką oraz we Włocławku. Później przyszło jeszcze niepowodzenie w Rudzie Śląskiej. Bilans 9-7 oczywiście oznaczał spadek w tabeli i liczne wątpliwości, czy Niedźwiadki znajdą się w pierwszej czwórce przed fazą play-off. Zresztą już wcześniej wśród kibiców pojawiły się narzekania na styl gry – zwycięstwa były wyraźnie niższe od tych w poprzednim sezonie, gra wolniejsza, efektowne akcje zdarzały się sporadycznie. Trudno przychodziło niektórym przyjąć do wiadomości, iż nowy szkoleniowiec ma inną filozofię basketu od poprzednika, bardziej skupiając się na obronie. Ponadto poziom ligi zauważalnie poszedł w górę.

Rollercoaster z Bobrami

Od tej chwili poloniści zaczęli zwyciężać. Trochę pomógł w tym korzystny terminarz, bo cztery z sześciu potyczek rozgrywali w Przemyślu. Tym niemniej, wygraną na dość trudnym terenie, jakim był Stargard Szczeciński, należało poczytać jako wartościową zdobycz w wyścigu o jak najwyższą pozycję. Do końcowej syreny ważyły się losy konfrontacji z 10,5 BC Poznań w przemyskiej hali. Ostatecznie miejscowi wyszli obronną ręką z tej ciężkiej próby.

Reklama

Prawdziwy rollercoaster czekał wszystkich 7 marca 1996 r. Przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej było wiadome, iż warunkiem koniecznym zajęcia przez Niedźwiadki drugiego miejsca jest pokonanie we własnym obiekcie Bobrów, które celowały w tę samą lokatę. Przez prawie 40 minut przeważali goście, nawet różnicą 10 pkt, lecz walczącym z ogromną determinacją przemyślanom udało się w końcówce wyjść na prowadzenie. Ostatecznie bytomianie wyrównali. Rozstrzygnięcie nie zapadło ani w pierwszej, ani w drugiej dogrywce – w obu przypadkach gracze Mołłowa doprowadzali do remisu. W kolejnym dodatkowym czasie gry gospodarze wypracowali kilkupunktową przewagę i ostatecznie wygrali ten prawdziwy dreszczowiec 104:95. Polonia z bilansem 15-7 ustąpiła tylko Nobilesowi. Ten rezultat zapisano na duży plus, traktując jako dobry prognostyk przed play-off.

Wyrzucili Mazowszankę

Pierwsza runda decydującej fazy to kolejne emocje wysokiego kalibru. Już na otwarcie rywalizacji  dopiero siódma po pierwszym etapie rozgrywek Mazowszanka odniosła triumf w hali przy ulicy Mickiewicza. Nazajutrz poloniści zrewanżowali się, a w Pruszkowie poszli za ciosem, odnosząc pewne zwycięstwo. Spotkanie nr 4 należało ponownie do ekipy z okolic Warszawy. W decydującym starciu, rozgrywanym w mieście nad Sanem, Polonia zapewniła sobie awans dopiero po zaciętej końcówce, różnicą trzech „oczek”.

Reklama

W półfinale czekały Bobry. Dwa pierwsze mecze rozstrzygnęły na swoją korzyść występujące przed własną publicznością Niedźwiadki. O ile po bardzo dobrej grze sukces w pierwszym przyszedł stosunkowo łatwo, to w drugim długimi fragmentami lepsi byli zawodnicy z Górnego Śląska, mając na nieco ponad 10 minut przed końcem 13-punktową przewagę. Taki obrót spraw nie załamał gospodarzy, którzy dzięki twardej walce odrobili straty i w zaciętej końcówce przechylili szalę. Stan 2:0 stawiał ich w dobrym położeniu. W Bytomiu doszło jednak do wyrównania, choć goście byli bliscy wygranej w drugiej z tych potyczek. Awans do finału miał zatem rozstrzygnąć się 10 kwietnia 1996 r. na przemyskim parkiecie.

Zaczęło się znakomicie dla miejscowych, którzy wręcz demolowali bytomian. Prowadzenie 16:2 i 28:11 sprawiło, że przepustki do finału (gdzie czekał już Śląsk, który niespodziewanie wyeliminował Nobiles) wydawały się coraz bardziej realne. Od tego momentu coś się zacięło w poczynaniach Polonii, grającej bez Miłoszewskiego. Do przerwy było już tylko 43:36. Po zmianie stron goście doprowadzili do remisu, a w ostatnich minutach wypracowali lekką przewagę, którą – mimo rozpaczliwych wysiłków coraz bardziej bezradnych podopiecznych Mołłowa – dowieźli do końca, wygrywając 81:89. Nie pomogła dobra dyspozycja Thomasa i Buntina. W szeregach Bobrów świetnie spisywali się Daughrity i Stern, a z dystansu raził Mariusz Sobacki, którego pięć trafień trzypunktowych stanowiło swoistą wartość dodaną. Tego wieczoru zamiast euforii w wielu przemyskich domach panował nastrój przygnębienia.

Reklama

Bez entuzjazmu

Na pocieszenie pozostała Niedźwiadkom walka o najniższy stopień podium. Tym razem seria do trzech zwycięstw zakończyła się bez większych emocji. Przemyślanie dwukrotnie wygrali we Włocławku, a w hali przy ul. Mickiewicza udowodnili swoją wyższość nad Nobilesem 20 kwietnia 1996 r., zapewniając sobie brązowy medal.

Wywalczenie trzeciego miejsca nie spotkało się z entuzjazmem sympatyków Niedźwiadków. Apetyty były większe. Z jednej strony nie można się temu dziwić po sięgnięciu rok wcześniej po wicemistrzostwo Polski, lecz z drugiej – chyba wielu kibiców za bardzo uwierzyło w umiejętności swoich pupili – ignorując pewne fakty. Owszem, w opinii fachowców Polonia uchodziła za jednego z faworytów rozgrywek. Naprawdę niewiele brakowało, aby znalazła się w finale, co w kontekście korekt w składzie i stylu gry, stanowiłoby sukces nawet większy niż w debiutanckim sezonie. Mogło być zatem lepiej, jednak trzeba jeszcze raz zaznaczyć, że cała ekstraklasa zrobiła wyraźny krok do przodu. Przy wyrównanym poziomie czołowych drużyn o awansie do decydującej batalii rozstrzygały niuanse.

Reklama

Generalnie pierwszy rok pracy Mołłowa należało ocenić pozytywnie. Dlaczego w kolejnych latach poloniści znajdowali się daleko poza pierwszą czwórką, to już zupełnie inna kwestia. W tym kontekście, osiągnięty rezultat miał swoją ogromną wartość, będąc drugim po tytule wicemistrzowskim największym sukcesem w dziejach przemyskiego basketu.


Paweł Mirski
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama