Gdyby ktoś miał ochotę napisać nowelę z wydarzeń dzisiejszego (2 listopada br.) wieczoru w hali POSiR, podpowiadamy ewentualny tytuł – „Pan generał Rafał Serwański i armia jego”. Jakkolwiek zasługi w „pożarciu” Bieszczadzkich Wilków miały absolutnie wszystkie Niedźwiadki, to combo guard Daniela Puchalskiego podczas niemal perfekcyjnego okresu gry przemyślan był początkiem i końcem konstrukcji akcji i tempa gry. Dość powiedzieć, że jednej zbiórki zabrakło mu do ekskluzywnego triple-double!
No dobrze. Niech będzie, że nie był to jeden z wielu meczów w tej lidze. Że był to pojedynek „wyjątkowy”. Starcia przemyskiej i rzeszowskiej koszykarskiej szkoły basketu mają długą brodę i walka – po wielu latach przerwy – o mistrzowskie punkty rozpalała kibiców (ale jak się okazało i zawodników) wyobraźnię, budowała napięcie i eksplodowała podczas potyczki. Trybuny wypełniły się niemal do ostatniego miejsca. Pamiętać jednak trzeba, że to spotkanie nie było celem samym w sobie…
Gra szła nie tylko o punkty, ale i o prestiż. Splendor pozostał przy Przemyskich Niedźwiadkach, bo akuratnie tego dnia byli lepsi niemal w każdym elemencie koszykarskiego rzemiosła. Tego dnia… Rzeszowianie z nazwy są beniaminkiem, bo skonstruowali doprawdy bardzo mocny – jak na tę ligę – zestaw personalny. Kto wie, czy w kilku aspektach nie porównywalny z Przemyskimi Niedźwiadkami. Spotkanie wyraźnie im nie wyszło. Zostali zdominowani przez agresywną, urozmaiconą i kolektywną grę defensywną gospodarzy. Zdeformowani przez ciągły nacisk. Aż nadto bezczelnie pozytywny. Nie potrafili znaleźć na to antidotum, nie potrafili – choć bardzo się starali – odpłacić rywalowi pięknym za nadobne. Ale gdyby np. zamiast kilku brick shot’ów zza linii 6,75 m piłka jednak zatrzepotałaby w koszu, pewnie obraz tego spotkania mógł być inny. To jednak nie zmartwienie przemyskiego sztabu szkoleniowego, a trenera Łukasza Lewkowicza i jego ekipy z ławki rezerwowych.
Do pewnego momentu ciężko się ten mecz oglądało. Zwłaszcza w kwarcie otwarcia. Presja i ciągłe utrzymywanie, że to nie jest „normalny” pojedynek, zrobiło swoje. Goście prowadzili raz. W 4. min, kiedy za 3 pkt trafił Cezary Gumiński na 2:3. To było bardzo wyrównane 10 minut. „Trójką” wynik ustalił Wiktor Majka. Wydawało się, że gdyby na szali położyć kwestię wszechstronności, waga nie przechyliłaby się na jedną ze stron. A jednak… Agresja w obronie Niedźwiadków przeszkadzała Wilkom w rozwinięciu skrzydeł. Z minuty na minutę przewaga rosła. W 17. min było 29:21 po trafieniu Rafała Kulikowskiego, a potem zaczął się 3-minutowy one man show, czyli próbka umiejętności i możliwości Bartosza Bala. 9 punktów z rzędu wywindowało wynik do stanu 37:24. To był moment, kiedy z bólu po skręceniu kostki zwijał się obok ławki rezerwowych playmaker Niedźwiadków Kacper Majka. To nie był dobry prognostyk przez II połową. Po 20 minutach było 37:26.
Ale właśnie wówczas jego rolę przejął Rafał Serwański. Zawodnik na tyle uniwersalny, że przemianowany na combo guarda, musiał na siebie wziąć ciężar prowadzenia gry. No i poprowadził! Trzecie 10 minut było w wykonaniu Niedźwiadków niemal perfekcyjne. Znakomicie potrafili podkręcić tempo gry, odwrotnie proporcjonalnie do rzeszowian. Ci byli bezradni. A kiedy się jest bezradnym, puszczają nerwy i ma się pretensje do całego świata. Zaczęła się niepotrzebna gra złośliwości z ich strony, potęgowana niezdrową impulsywnością na ławce rezerwowych. Szkoda, że tylko z tego Bieszczadzkie Wilki zostaną zapamiętane po tym spotkaniu.
13 punktów, 10 asyst i 9 zbiórek – to dorobek R. Serwańskiego. Był poza zasięgiem. Ale od razu trzeba dodać, że nic w pojedynkę by nie zrobił. Skuteczny Łukasz Uberna (który musi wszakże popracować nad rzutami wolnymi), niezwykle mobilny Radosław Skubiński, który kradł rzeszowianom piłki aż miło, dominujący pod deskami Rafał Kulikowski, harujący w obronie Wiktor Majka. Wymieniać można jeszcze kilka atutów. Kapitalne wejście w III kwartę 10:0 ustawiło spotkanie. W 24. min było już 47:26 po celnej przymiarce zza łuku B. Bala. Bieszczadzkie Wilki dogorywały. Po pół godzinie gry było po meczu – 63:36.
Najlepszym okresem gry rzeszowian był początek IV ćwiartki. Wówczas, kiedy było już pozamiatane. W 35. min zniwelowali straty do 22 punktów – 69:47. Na więcej nie było ich stać. W finalnych minutach wszystko wróciło do normy. Przemyskie Niedźwiadki były hegemonami. W 38. min po rzucie za 3 pkt. Jakuba Kucharskiego gromiły rzeszowian 79:49, a kilka sekund później prowadziły najwyżej w tym meczu – 81:49.
Podopiecznym Daniela Puchalskiego należą się brawa za ten występ, ale… Pamiętać jednak trzeba, że to spotkanie nie było celem samym w sobie. Znając popularnego „Daniusia” i jego sztab szkoleniowy jutro zaczyna się operacja „MCKS Czeladź”.
Niedźwiadki Chemart Przemyśl – Stolaro Resovia Rzeszów 84:53 (18:15, 19:11, 26:10, 21:17)
Punkty: Ł. Uberna 19 (1x3), B. Bal 16 (2x3), R. Serwański 13, R. Kulikowski 8, J. Kucharski 5 (1x3), K. Majka 5 (1x3), M. Puchalski 5, W. Majka 4 (1x3), R. Skubiński 4, K. Strzępek 4, K. Complak 1, B. Chalicki 0 (N); C. Gumiński 11 (2x3), K. Mamcarczyk 11, A. Warszawski 11, B. Czerwonka 5 (1x3), W. Szpyrka 5, J. Krupa 4, W. Wątroba 4, Ł. Argasiński 1, T. Krzywdziński 1, P. Dobrzański 0, K. Kindlik 0, J. Łódź-Śmigielski 0 (SR).
Sędziowali: Grzegorz Łata i Robert Rydz (obaj z Lublina). Widzów: 800.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze