Pierwszy dzień marca. Wieczór. Kilkadziesiąt monitorów rozświetla półmrok w obszernym pomieszczeniu. Jesteśmy w centrum dowodzenia placówki Straży Granicznej w Medyce. Na ekranach widać dosłownie wszystko, co się dzieje na terenie przejścia granicznego oraz na tak zwanej zielonej granicy, czyli pasie terenu przylegającego do granicy państwowej, która jest również zewnętrzną granicą Unii Europejskiej. Jedną z najlepiej strzeżonych.
Odcinek granicy, chroniony przez funkcjonariuszy z placówki w Medyce, rozciąga się od Jaksmanic po Starzawę i liczy dwadzieścia jeden kilometrów i sto metrów. Niby niewiele, ale każdy metr musi być pod nieustanną kontrolą. Jeden z monitorów pokazuje obraz przekazywany drogą radiową z ponadpięćdziesięciometrowej wieży obserwacyjnej, która stoi na terenie Starzawy. Kamera umieszczona na szczycie wieży widzi wszystko, co się dzieje w promieniu dwunastu kilometrów, a operator za pomocą manetki może kierować jej obiektyw w dowolny punkt i w razie potrzeby powiększać obraz. Jest noc i kamera działa w trybie noktowizji. Na ekranie pojawia się ciemny punkt, który wolno przesuwa się po terenie. Operator powiększa obraz i teraz już wyraźnie widać osobowy samochód jadący polną drogą w kierunku pasa granicznego.Operator zgłasza o podejrzanym pojeździe patrolowi, który jest w terenie. Widzimy, jak samochód zatrzymuje się i wysiada z niego mężczyzna. Odchodzi parę metrów i przez lornetkę lustruje okolicę. W tym momencie podjeżdża do niego patrol. Funkcjonariusze podchodzą do mężczyzny. Po chwili meldują, że to mieszkaniec Stubna, myśliwy, który tam dzisiaj polował, a teraz przyjechał, żeby jeszcze raz sprawdzić teren.
System wież obserwacyjnych to nie jedyny sposób zabezpieczenia granicy. W newralgicznych punktach wzdłuż pasa granicznego w ziemi umieszczone są czujniki sejsmiczne. Są tak zaprogramowane, że reagują na wstrząsy wywołane krokami człowieka w promieniu stu metrów. Wtedy włączają się ukryte w pobliżu niewielkie kamery zwane fotopułapkami, które drogą radiową przesyłają obraz. Jednocześnie na monitorze w centrum dowodzenia zapalają się punkty z dokładną lokalizacją naniesioną na mapę terenu. W takim przypadku we wskazane miejsce natychmiast kierowany jest patrol.
Opuszczamy placówkę i jedziemy na zieloną granicę, bo elektronika i najlepsza nawet technika nie zastąpią człowieka w terenie. W okolicy Siedlisk operuje pojazd obserwacyjny, wprawdzie też najeżony techniką, ale w odróżnieniu od innych systemów mobilny, co umożliwia szybkie przemieszczanie się w terenie i możliwość obserwacji tam, gdzie ze względów terenowych nie można zastosować systemów stacjonarnych. W nocy wręcz niezastąpiona jest kamera termowizyjna, umieszczona na maszcie wysuwanym z dachu pojazdu. Na monitorze widać wyraźnie ścieżkę biegnącą wzdłuż pasa granicznego. Nagle pojawiają się na niej dwa czarne punkciki. W termowizji czarny kolor oznacza źródło ciepła, na przykład zwierzę, człowieka albo pojazd. Funkcjonariusz powiększa obraz. Punkciki zamieniają się w ludzkie sylwetki. Wiadomo, że w tym miejscu nie ma żadnych pieszych patroli, więc trzeba sprawdzić, kto o tej porze urządził sobie spacer przy granicy. Polnymi drogami, a właściwie po bezdrożach, jedziemy zobaczyć, kto tam jest. Dwaj młodzi mężczyźni przyznają, że są obywatelami Mołdowy. Tłumaczą, że gdzieś w pobliżu jest ich auto, w którym mają dokumenty. Pada komenda: „ręce oprzeć o karoserię”. Funkcjonariusze z drugiego patrolu sprawdzają, czy mężczyźni nie mają przy sobie niczego podejrzanego, po czym wsadzają do samochodu, żeby zawieźć ich na placówkę. Tam, gdzie będzie można dokładnie wyjaśnić, co robili przy granicy, bo na razie nie wiadomo, czy ją nielegalnie przekroczyli. Jedziemy dalej wzdłuż pasa granicznego, ale tej nocy już nic podejrzanego się nie dzieje. Tak wygląda służba na zielonej granicy. Każdego dnia i każdej nocy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Pousuwane komentarze z tego artykułu