HISTORIE DAWNE ŻP
Oberkanonier Jan Pożuchowski w 1902 roku służył w koszarach artylerii fortecznej w podprzemyskim Hurku. Był to prosty żołnierz, który ledwie ukończył szkołę ludową. Jednak bardzo głośno zrobiło się o nim w Przemyślu i okolicznych miejscowościach. Nie ze względu na jego zasługi wojskowe, lecz z innych powodów.
Otóż leczył on ludzi – jak niosła fama – ze skutkiem niemal natychmiastowym. Choć lekarze zawodowi uszczuplali mu zarobek, to „cudowny lekarz” – tak go na wyrost nazywano – chorym często zapowiadał, „że niebawem dostanie pozwolenie na leczenie od cesarza i wtedy pokaże, że wszystkie doktory do niczego”. Jest oczywiste, że takiego pozwolenia nigdy nie dostał.
Naiwnych nie brakowało. Niemal codziennie przed kantyną w Hurku, mieszczącą się w karczmie przy głównym gościńcu, pełno zjeżdżało fur z chorymi z dalszych stron. Wielu przybywało z Przemyśla piechotą. Miało to być dowodem, że tenże „cudowny lekarz” był skuteczny, a tym samym miał już wyrobioną sławę. Dlatego pchali się do niego biedacy ze wsi i z miasta, w tym bardzo dużo kobiet. Wszystko to czekało przed karczmą całymi dniami i wieczorami.
Zazwyczaj około godziny ósmej wieczorem zjawiał się oberkanonier w mundurze wojskowym, z bagnetem u boku. Był to mężczyzna około 23 lat, średniego[paywall] wzrostu, o melancholijnym wyrazie twarzy i błędnym wzroku. Kiedy go ludzie spostrzegli, pomiędzy nimi powstawało poruszenie i rozlegał się szept z ust do ust, że to TEN. On przechodził ostentacyjnie przez karczmę i wchodził do bocznej izby. Przed drzwiami powstawał ścisk, a niektórzy torowali sobie drogę nawet i kułakami, a czasem dochodziło do kłótni.
Po krótkiej chwili Pożuchowski wyszedł z pokoiku i powolnym, monotonnym głosem, zwrócony do cisnących się, mówił: „Ludzie kochani, nie czekajcie, bo ja was teraz leczyć nie będę. Podałem się do ministerstwa, a jak przyjdzie pozwolenie, to będę was leczył. Mnie prześladują, a ja się boję, bo już i tak skuli mi ojca i brata. Jak chcecie, udajcie się do mego ojczyma koło Sambora. Niech was Bóg błogosławi, biedni ludzie”.
Po tych słowach wrócił z powrotem do swego pomieszczenia, a ci, co czekali, pomału ze spuszczonymi głowami rozchodzili się, klnąc w duszy czasami i głośno tych, „którzy takiemu człowiekowi nie pozwalają leczyć”. Wtem podeszło do ludzi kilku żołnierzy i jakby w tajemniczy sposób oznajmiali, „że jak kto chce, to ten Pan da się jeszcze uprosić, bo mu żal chorych”. Prawie wszyscy wrócili pod chatę, bo już rozpoczęła się ordynacja oberkanoniera – sam na sam z pacjentem.
Nie wiadomo, jak odbywało się badanie chorych i jakie medykamenty zapisywał im oberkanonier. Gdy ktoś wychodził z „gabinetu”, milczał jak zaklęty. Widać było tylko u każdego na twarzy jakąś radość, z czego wszyscy wywnioskowali, że cudowny lekarz – tak mocno wierzyli – utwierdził w przekonaniu nieszczęśnika, iż go wyleczył lub uzdrowił. Trąbka na capstrzyk o godzinie 9 wieczorem przerwała pracę Pożuchowskiemu, ponieważ musiał już udać się obowiązkowo do koszar. Czasami pozostawał dłużej. Zdarzało się, że ludziska nie mogli się doczekać swego uzdrowiciela, ponieważ w tym czasie pełnił służbę.
Wcale nierzadko Pożuchowski wzywany bywał do ciężko chorego, w którego wyleczenie lekarze już zwątpili. Wojskowość jakoś tym dziwnym praktykom podwładnego – jak powszechnie mówiono – trudności nie robiła, a nawet była zadowolona, że w szeregach zwykłych żołnierzy posiadła takiego wojskowego, który nie tylko umiał obsługiwać armatę, ćwiczyć na poligonie i czyścić mundur i kamasze, ale także leczyć cywilów z ciężkich chorób.
Władze cywilne nie mogły same zaradzić temu znachorstwu, ponieważ artylerzysta podlegał jurysdykcji władz wojskowych. W tym celu starostwo przemyskie zwróciło się do komendy korpusu przy ul. Mickiewicza i zażądało, by ten żołnierz przerwał swe praktyki. Starania odniosły pozytywny skutek, bo podwładnego przeniesiono do 28 Pułku Artylerii Polowej w Żurawicy. Jednak problem ten znowu się pojawił.
W nowej miejscowości „cudowny lekarz” w dalszym ciągu przyjmował chorych i wcale już się z tym nie krył. Zawarł nawet umowę z karczmarzem, by jak najdłużej przetrzymywał chorych, aby ci zmuszeni byli u niego mieszkać, spać i jeść, za co mu Żyd wypłacał odpowiedni procent od zarobku. Chorzy biedacy prawie w każdy dzień wędrowali do oszusta, płacąc duże pieniądze za „leczenie” i wypisywane recepty.
Przemyscy aptekarze, wyczuwając duży zarobek, wydawali chorym tajemne eliksiry i różne mieszaniny. W ten sposób obermakonier, karczmarz i aptekarze oszukiwali ludzi. Jeden z nich pojechał nawet do Żurawicy, by prosić znachora o kierowanie klientów tylko do niego. Przy okazji zaprosił go do siebie, by mu pokazać, jak prawidłowo wypełnia się recepty („Wiek Nowy” 1902, nr 192). Nie ulega wątpliwości, że władze wojskowe świadomie akceptowały ten głośny i nielegalny proceder oszusta w mundurze, ponieważ musiały czerpać z tej działalności korzyści finansowe.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze