HISTORIE DAWNE ŻP
Przy głównej drodze pikulickiej po obu stronach stały niskie domki drewniane, lepianki – proste, brudne, odarte i słomą pokryte. Po prawej stronie, opodal koszar wojskowych, znajdowała się nędzna chałupina, a w niej sień, kuchnia i dwie izby. Mieszkał tam od lat wraz z żoną i sześciorgiem dzieci Marcus Fuss – 54-letni rzeźnik i dostawca mięsa dla miejscowych koszar. W domu pomagały mu dwie służące.
W sobotni wieczór, 30 maja 1914 roku, rodzina Fussa wróciła z synagogi przemyskiej do chaty. Przed północą domownicy położyli się do snu. Jedynie służąca Rozalia Łapicka krzątała się jakiś czas przy słabym świetle lampy naftowej. Cisza nocna zalegała już w Pikulicach, tylko w domu Fussa około północy wybuchły straszne krzyki i jęki. Jednak nikt tego nie słyszał – nawet najbliższy sąsiad. Mordowanie – jak pisał 2 czerwca „Kuryer Lwowski” – trwało szybko i krótko.
Około godziny 5 rano w niedzielę weszła do domu Fussa miejscowa Żydówka, która brała tam od jakiegoś czasu mleko. Zastawszy drzwi zamknięte, zajrzała przez okno i oczom jej ukazał się przerażający widok[paywall]: leżące trupy, porozrzucane sprzęty i kałuże krwi. Wszczęto alarm, zbiegli się sąsiedzi i wezwano pobliską żandarmerię. Wiadomość o niecodziennym wydarzeniu zaalarmowała całą wieś i szybko dotarła drogą telefoniczną do Przemyśla.
Po przybyciu policji i żandarmerii na miejsce zbrodni w mieszkaniu zastano masakrę.
W pierwszej izbie leżało na drewnianym łożu nagie ciało 14-letniej zamordowanej służącej Reginy Fränkel. Jej twarz, włosy i bieliznę pokrywała zakrzepła krew. Obok niej znajdowała się ciężko ranna druga służąca – Rozalia Łapicka. Pod ścianą w drugim pomieszczeniu tuliły się – jakby w braterskim uścisku – trupy trzech nieżywych już synów Fussów, tj. 18-letniego Arona ze zmiażdżoną głową i uciętym nosem, 14-letniego Barucha ze zmiażdżoną twarzą i 8-letniego Izaka z pękniętą na pół czaszką.
W drugiej izbie na łóżku leżała Estera – żona Marcusa, z twarzą zmasakrowaną i zniekształconą. Jej mąż, z nogami zwisającymi na podłogę i głową opartą o poduszkę, tkwił przy niej. Kałuża krwi na podłodze i pościeli. Z boku stał stół, a na nim wypalone świece szabasowe i stara lampa, której blask pomagał bandytom w zadawaniu ciosów. Lekarze stwierdzili, że każda z sześciu ofiar miała po kilka, a nawet kilkanaście ran zadanych ostrym narzędziem – nożem lub bagnetem. Załamanie czaszki u kilku ofiar wskazywało, że morderca użył również tępego i twardego narzędzia, np. siekiery.

Dwaj śledczy i 10-letni uratowanyMojżesz Fuss.
Kiedy zjawili się śledczy, troje uratowanych dzieci płakało. W nogach ojca leżał 10-letni Mojżesz i krzyczał. Gdy go uspokoili, wtedy można było się dowiedzieć, co zaszło w nocy. Otóż chłopiec spał z ojcem w łóżku opodal okna. Wtedy przyszedł bandyta i go zabił. Potem żądał od matki pieniędzy. Gdy nie odpowiadała, też ją zabił. Małego 4-letniego Aschera podniósł zbir do góry i rzucił na łóżko. Następnie wszedł do izby drugi bandzior, by pomagać mordować. Tam zrobił się straszny krzyk. Obaj zaczęli szukać pieniędzy. Wtedy 6-letnia Miriam i Mojżesz schowali się pod łóżkiem („Nowy Głos Przemyski” 1914 nr 23).
Bandyci wiedzieli, że Fuss pobierał pod koniec miesiąca znaczną kwotę z kancelarii wojskowej na dostarczanie mięsa dla wojska w Pikulicach. Jak się potem okazało, artylerzysta Wasyl Kaczmar był wcześniej przydzielony do kuchni pułkowej jako pomoc kuchenna. Bardzo często przychodził do Fussa po towar, a tym samym znał dobrze rozkład mieszkania wszystkich domowników i ich zwyczaje. Tak się złożyło, że Marcus nie podjął przed 1 czerwca tych pieniędzy. W efekcie zbrodniarze ukradli zaledwie kilka koron.
Pies agenta policyjnego podjął trop i poszedł drogą polną, następnie przeszedł koło strzelnicy wojskowej w kierunku budki wartowniczej. W pobliżu miejsca zbrodni natrafiono na ślady butów wojskowych. Zmierzono je i sfotografowano. Wyciągnięto wniosek, że sprawcy musieli być związani z koszarami w Pikulicach. Tam na miejscu dowiedziano się, że jeden z żołnierzy wziął urlop od soboty do poniedziałku rano i nie stawił się w wyznaczonym czasie. Był nim Wasyl Kaczmar. Wszczęto za nim poszukiwania.
1 czerwca (poniedziałek), o godzinie dziewiątej wieczorem, zgłosił się dobrowolnie do komisariatu przy ul. Dworskiego Wasyl Kaczmar (w cywilu złodziej). Do pomieszczenia wszedł niepewnym krokiem i zakomunikował, że sumienie go gryzie i ma coś ważnego do powiedzenia. Następnie wyrzucił z siebie, że w morderstwie w Pikulicach brał udział jego kolega Bazyli Rybczak, a on stał tylko przed chatą na czatach. Po zeznaniach blady artylerzysta osłabł i cały drżał. Skutego odstawiono do aresztu garnizonowego przy ul. Czarneckiego („Nowy Głos Przemyski” 1914, nr 23).

Trumny z ofiarami morderstwa.
W nocy wyjechała późnym wieczorem dorożka z komisariatu policji przy ul. Dworskiego i podążyła szybko do koszar w Pikulicach. Tam zatrzymano 28-letniego Rybczaka. Wypierał się morderstwa, bo tą tragiczną noc miał spędzić z prostytutką Joasią w burdelu Port Artusa przy ul. Podjazdowej (obecnie Staszica). Jego alibi szybko zweryfikowano. Kłamał. Nocą 4 maja sprowadzono Bazylego z Pikulic do Przemyśla. Skutego wiozło – przy blasku księżyca – na otwartym wozie kilku żołnierzy z pochodniami.
Ciała włożono do sześciu trumien i na trzech wozach chłopskich zawieziono je w poniedziałek na cmentarz żydowski przy ul. Słowackiego i złożono we wspólnym grobie. Obrzędowi pogrzebowemu towarzyszyły tłumy ludzi. Wszędzie dało się słyszeć płacz i złorzeczenia, a widok niezwykłego orszaku żałobnego robił wstrząsające wrażenie. Nad mogiłą przemawiał rabin z Przemyśla, określając ten mord w kontekście zezwierzęcenia.
Dochodzenie trwało cztery miesiące. W tym czasie Bazyli Rybczak i Wasyl Kaczmar oskarżali się nawzajem. Według relacji „Ziemi Przemyskiej” z 1914 roku (nr 35) obaj zaplanowali i dokonali napadu rabunkowego, licząc na duże pieniądze. W tym celu przebrali się w cywilne ubrania, posmarowali sobie twarz gliną, następnie tuż przed północą zakradli się nocą od tyłu pod chatę Fussa, gdzie mieszkała 8-osobowa rodzina oraz dwie służące. Zbrodniarze wyjęli szybę. Bazyli stał na czatach, a jego kompan wszedł do środka i zaczął mordować. Dał się słyszeć niesamowity krzyk. Wtedy Wasyl zawołał towarzysza, by mu pomógł. Masakrowali swe ofiary siekierą i bagnetami już obaj. Zamordowali 6 osób z rodziny Fussów, służącą Reginę Fränkel (krewna Fussów) i ciężko zranili pomocnicę Rozalię Łapicką. Trojgu małym dzieciom udało się schować pod łóżkiem i pierzyną. Łup bandytów wynosił jedynie... 2 korony.
Nadszedł dzień rozprawy w sądzie garnizonowym przy ul. Czarneckiego. Z udowodnieniem winy nie było problemu. Na dodatek 10-letni Mojżesz, syn Fussa, rozpoznał bandytów podczas wizji lokalnej na miejscu zbrodni. 8 października 1914 r. sąd wojenny w Przemyślu skazał winnych na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano. Znany wówczas przemyski fotograf Michał Todt, długoletni współpracownik tygodnika „Nowości Ilustrowane”, umieścił w tej gazecie (nr 23) kilka zdjęć związanych z tą tragedią. Po 108 latach zostały one wykorzystane w tym artykule.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze