Choć to tylko i aż sport i prorokowanie bywa czasami brutalne, w przypadku Przemyskich Niedźwiadków nie miało przełożenia. Założony przed sezonem 2022 – 2023 cel, czyli awans do I ligi został zrealizowany. Zresztą, wszystkie plany oblekły się w piękne szaty. Była wielka euforia, były analogie do wielkich sukcesów ich poprzedników, ale życie pędzi. Przed prezesem klubu Arturem Lewandowski, sztabem szkoleniowym na czele z Danielem Puchalskim i zawodnikami nowe wyzwania.
Była ogromna radość po awansie, ale też pewnie duma i satysfakcja z tego, że osiągnęliście to, o czym mówiliście przed sezonem.
– Tak. Dodałbym jeszcze jedno: ulga. To był specyficzny i bardzo trudny sezon, bo z jednej strony dążenie do postawionego celu, z drugiej konieczność akceptacji i analizy słabszych momentów, porażek. Takie projekty buduje się latami, ale muszą być efekty. Kolejny rok spędzony z tymi zawodnikami w drugiej lidze byłby po prostu okłamywaniem ich. To było ogromne obciążenie. Ta grupa potrzebowała nowych wyzwań, aby się rozwijać.
Mówiliście głośno i otwarcie o awansie, tymczasem nikt z koszykarskich fachowców na poważnie tego nie traktował. Dlaczego nie byliście zauważeni, nie byliście jednym z kandydatów do promocji wyżej?
– Bo dzisiaj dziennikarzem jest każdy, kto cokolwiek napisze w internecie. Jeśli na profesjonalnym portalu koszykarskim czytam, że wygraliśmy w Pruszkowie mimo braku Paula Lunguany, świadczy to o jednym: niewielu ma pojęcie co się wokół dzieje. To jedno[paywall]. Druga kwestia: była grupa zespołów, których zadaniem było zebranie ludzi, a oni swoim doświadczeniem i możliwościami mieli dać awans. No, tak nie jest. Nie ma żadnej gwarancji, że wygra i awansuje zespół, który ma doświadczenie. Awansuje ten, który lepiej zagra. Zespoły, które przegrały z nami, nie były absolutnie od nas słabsze. Na tym etapie sezonu były gorzej przygotowane taktycznie czy motorycznie. Wiedzieliśmy po pierwszym meczu z Katowicami, że nie damy im rady, że nie prześcigniemy ich w tabeli, że są zbyt powtarzalni. To nieco spuściło z nas ciśnienie. Drugie miejsce trzeba było pielęgnować i patrzeć na drabinkę. Drugie miejsce w tej grupie nas satysfakcjonowało. Na wiosnę mieliśmy być lepsi od innych, na wiosnę mieliśmy pokazać, że systematyczność i ciężka praca przyniesie efekty. Przyniosły.
Osiemdziesiąt procent sezonu zasadniczego był na szkodę tego zespołu. Wygrane różnicą 40 i więcej punktów nic im nie dawały, a wręcz przeszkadzały. Jak udało Ci się utrzymać u nich koncentrację, wytłumaczyć, te miesiące to kolejne etapy realizacji celu głównego?
– Spotkałem się z takimi opiniami, jak to dobrze, że w fazie play-off nie krzyczałem na chłopaków. Play-off nie jest czasem na naukę. To nie czas na stresowanie ich tym, czego nie umieją robić. Zawodnik wówczas musi czuć komfort. Nauka była właśnie w fazie zasadniczej. Wracając do pytania. Nie do końca te wygrane ponad 40 punktami były złe. Doskonale tak ja, jak i zawodnik wie, że przez dwie, trzy kolejne akcje można zrobić błędy bez konsekwencji, bo na tablicy wyników tego nie widać. Zawsze im powtarzałem, abyśmy nie zmarnowali takiego meczu na samo wygranie. Stać nas było na to, aby robić błędy, aby nie trafiać rzutów. Część zawodników udało się fajnie zbudować, część reagowała na pojedyncze zdarzenia.
Powtarzałeś jak mantrę, że nie masz żadnych wątpliwości, że nie możesz ich mieć, że wierzysz w ten awans. Ale czy rozmawiając sam ze sobą, choćby po meczach z Resovią w Rzeszowie, kiedy można było odnieść wrażenie, że zespół nie wytrzymał presji, czy Bozzą w Przemyślu, kiedy nie było rady na kapitalną skuteczność rywala, one się nie pojawiły? Że w play-offach takie sytuacje się powtórzą?
– Nie można wydawać opinii, patrząc z zewnątrz. Nie będąc wewnątrz zespołu. Gdybym mógł, mecz z Resovią bym przełożył. Bozza, owszem, trafiała fantastycznie. Ale ten mecz biorę na siebie. Za bardzo myśleliśmy o kolejnym meczu z Katowicami. Mieliśmy za ciężki nogi. Czy to było zagrożenie w play-off? Nikła szansa, że jeden zespół zagra taki mecz trzy razy z rzędu. Jeśli wiem, z czego wynika porażka, nie ma problemu. Problem jest, kiedy gramy dobrze, a przegrywamy. Wówczas jesteśmy w kłopocie. Ani po jednym, ani po drugim meczu nie miałem pretensji. Nie było po prostu narzędzi.
Co powiedziałeś zespołowi przed play-off?
– O jednym trzeba pamiętać. Przed rozpoczęciem tej fazy straciliśmy kilku graczy: Wiktora Majkę, Radka Skubińskiego, Jakuba Kucharskiego, Łukasza Ubernę i Rafała Serwańskiego. Naraz na obwodzie robi się czarna rozpacz. Jedyne co im powiedziałem wówczas, że… wszystko jest ok, bo mamy owe wszystko dobrze rozplanowane. Powiedziałem, że z każdą rundą będziemy mocniejsi, bo chłopcy wrócą do gry. I na szczęście tak się stało w różnych okresach.
Najtrudniejszy mecz w play-off?
– W Międzychodzie. Zdecydowanie. Chłopcy byli do niego najsłabiej przygotowani. Tak pod względem planu gry, jak i planu poszczególnych elementów. Było bardzo dużo błędów, ledwo przepchnęliśmy ten mecz. Potem, kiedy na spokojnie go obejrzałem, doszedłem do wniosku, że nie było żadnych przesłanek, aby go wygrać. Na play-off nie można się przygotować w tydzień, dwa. To praca zajmująca kilkanaście tygodni. Przygotowywałem, analizowałem drabinkę i potencjalnych rywali. Nie było dnia na wytchnienie. Po meczu w Pruszkowie dowiedzieliśmy się, że ŁKS przegrał z Sokołem. A ŁKS miałem maksymalnie rozpracowany. Sokół? Ledwo ogarnęliśmy strukturę składu.
Jaką rolę odegrał Tomasz Przewrocki?
– Był ważną postacią. Czasami patrzył ze zbyt wysokiego poziomu. Ze swojego poziomu. Kilka razy rozmawialiśmy i mówiłem mu, że to druga liga. Ci chłopcy dopiero uczą się grać wyżej. Bardzo się cieszę z tej współpracy, podobnie jak z Mariuszem Zamirskim. To osoby, do których mam zaufanie. Nie mam potrzeby analizować, czy to co mówią, jest słuszne. Wiem, że mają rację. I wiem, że zawodnicy im absolutnie ufają.
Z celów w minionym sezonie wszystko się udało. Awans pierwszego zespołu do I ligi, drugiego do II ligi. Niezłe występy grup młodzieżowych, akademia się rozrasta. Tak to miało wyglądać?
– Tak. Być może nieco więcej ktoś spodziewał się po kategorii U-17, bo nie awansowaliśmy do finału. Ale wszystko jest przemyślane. W przyszłym sezonie chcemy zdobyć medal mistrzostw Polski w tej kategorii wiekowej. Nie mogłem ryzykować zdrowia Bruna Chalickiego czy Filipa Olejarza. Słowo udało się jest wypadkową wszystkich innych elementów. Tych dobrych, i tych złych.
W przyszłym sezonie organizacja nie może funkcjonować tak jak w tym. Pojawiają się nowe wyzwania, nowe obowiązki. Nie możesz wziąć wszystkiego na swoje barki, bo jak wiadomo, gdzie kucharek sześć…
– Oczywiście. Bardzo się cieszę, że do naszego sztabu dołączy Paweł Trojnar ze swoim wielkim doświadczeniem. To mój trener z czasów Polonii. Rozmawiam także z innymi kolegami, którzy już przeorganizowują swoje życie zawodowe, aby do nas dołączyć. Prędzej czy później. To będzie zupełnie inny sezon, inna historia, inne wymagania. Ale to nie jest żadne zaskoczenie dla nas. Tak właśnie to miało i ma wyglądać. Drugi zespół w drugiej lidze będzie zespołem absolutnie szkoleniowym. Nigdy wynikowym. Będzie znakomitym poligonem doświadczalnym dla młodych. Interesuje nas utrzymanie w lidze i to nie będzie na barkach juniorów. Powiem nieco brutalnie: mecze, które będziemy musieli wygrać, wygramy, bo dołączą do zespołu zawodnicy z pierwszej drużyny. Juniorzy muszą mieć komfort robienia błędów, bo inaczej nie będą się rozwijać. Ważną grupą, która będzie ich wspierać, są zawodnicy pracujący zawodowo. Wspomnę choćby o: Bartku Balu, Michale Kindliku, Wiktorze Majce, a także o Kubie Kucharskim czy Konradzie Strzępku. W pierwszej lidze muszę mieć dziesięciu zawodników, którzy poświęcą się tylko i wyłącznie koszykówce. Jedenastym i dwunastym graczem będą ci z drugiego zespołu. Szansę otrzyma każdy.
Mówią pierwsza liga, myślisz…
– No, myślę – ekstraklasa. Plan zakłada trzy lata, aby to osiągnąć. Skupiamy się tylko i wyłącznie na sporcie. Im więcej uda się z zawodnika pierwszoligowego zrobić czołowego zawodnika pierwszoligowego, tym większa radość. Tym mniej będziemy musieli robić korekt, poważnie myśląc o awansie.
Przeskok z drugiej ligi do pierwszej jest spory.
– Zaczynam bardzo dużo czasu poświęcać pierwszej lidze. Tam gra jest bardzo fizyczna. Ale widzę także, iż ta druga liga jednak wcale nie była taka łatwa, zwłaszcza pod względem organizacji obrony. Zawodnicy byli bardziej uniwersalni. Pierwsza liga i role zawodników są bardziej czytelne. Oczywiście nie mówię, że będzie łatwo. Inne tempo, inna waga, inne wymagania.
Powiedziałeś o dziesięciu graczy, którzy muszą poświęcić się tylko i wyłącznie koszykówce. Z obecnego składu pokazaliście już pięciu takich zawodników. To: Rafał Serwański, Kacper Majka, Łukasz Uberna, Szymon Janczak i Maciej Puchalski. Zostaje jeszcze pięć miejsc. Kogo potrzebujesz?
– Szóstym powinien niebawem zostać Max Egner. Już jestem po bardzo zaawansowanych rozmowach z nowymi twarzami, które pojawią się w zespole. Dopóki jednak nie będzie parafki na kontrakcie, nie chcę podawać nazwisk. Powiem o pozycjach. Otóż potrzebuję do zespołu dwóch piątek, czyli centrów. I takowi do nas dołączą. Szukałem kogoś o charakterystyce Bartka Bala. Kogoś, kto może zagrać na obwodzie, ale i przeciwko niskim skrzydłowym. Będzie stwarzać zagrożenie z dystansu, ale i zagra pod kosz. Mam już swojego faworyta. Na pewno potrzebujemy także drugiej jedynki, czyli rozgrywającego, bo Rafał coraz częściej i lepiej gra na pozycji numer dwa. Strach, jaki nam w zeszłym sezonie zajrzał nam w oczy po kontuzjach Rafała i Kacpra, nie może się już zdarzyć. Chcę, aby nowy był doświadczony i pomógł wspomnianym. Niebawem zamykamy skład. Dołączą do nas także perspektywiczni gracze młodzi. Mam tu na myśli choćby dwóch reprezentantów Polski młodzieżowców. Myślę, że jesteśmy atrakcyjnym miejscem do rozwoju.
Kiedy rozpoczniecie przygotowania do kolejnego sezonu?
– Okres przygotowawczy już rozpoczęliśmy. Rozpoczęliśmy od współpracy, z której jest ogromnie dumny. To pani fizjolog Anna Lukanova-Jakubowska z Energy and Sport. To wybitna osoba, która zajmuje się między innymi przygotowaniem i formą Kyliana Mbape i całej piłkarskiej ekipy Paris Saint Germain. Każdy zawodnik dostanie precyzyjny plan pracy nad energetyką. Na początku sierpnia ruszamy z przygotowaniami pod kątem koszykówki. Inauguracja pierwszej liga jest pod koniec września i od pierwszego meczu musimy być w maksymalnej dyspozycji.
Na co mogą liczyć kibice?
– Największą motywacją, aby dalej intensywnie pracować, był ostatni tydzień poprzedniego sezonu. Odebraliśmy setki słów otuchy i wiary. Naraz okazało się, że nasi kibice się nie wstydzą głośno powiedzieć, że wierzą w nas, w awans. Szczery entuzjazm i szczera radość z osiągnięcia celu dały nam ogromnego kopa. Nie chcemy tego zgasić. Wiemy, że będziemy mecze przegrywać. Chcemy jednak, aby nasz zespół ich cieszył. Chcemy, aby nikt, kto przyjdzie na nasz domowy mecz, nie miał przekonania, że oto przyjeżdża tak mocna ekipa, że na pewno nie wygramy. Wtedy jesteśmy przekonani, że ta fajna atmosfera wokół koszykówki, ta znakomita frekwencja na meczach się utrzyma.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze