Reklama

San – świadek wielu wydarzeń. O rybach, piasku, plaży, Koperniku i admirale Julcio

07/08/2022 08:03

Już w kronice Jan Długosz (1415 – 1480) wymienia nazwę „San”. Pisał też o tej rzece Adam Naruszewicz (1733 – 1796), przytaczając wersję o jej przepłynięciu z mieczem w ręku Bolesława Śmiałego, a także wspomina o Kazimierzu Wielkim, że w skład państwa weszli „ci, co Sanu wody piją”.

Pierwszą w wierszu notkę o tej rzece dał w łacińskim poemacie „Roxolana” Sebastian Klonowicz (1545 – 1602). Potem „W kamieniu nad Liskiem” Aleksander Fredro (1793 – 1876), następnie poeta Ignacy Krasicki (1735 – 1801),  powieściopisarz Zygmunt Kaczkowski (1825 -1896).  Jednak z Sanem – jako świadkiem wielu wydarzeń – związani byli przez wieki głównie piaskarze, rybacy, chłopi, mieszczanie, mieszkający w jego pobliżu. 

Rybactwo rzeczne zapomniane

San zaliczany był w Polsce do najbardziej zasobnych w ryby. W miejscowościach położonych nad brzegiem rzeki była dawniej spora liczba rybaków, którzy łowili ryby. W takich np. miejscowościach[paywall], jak np. Krasiczyn, Korytniki, Chołowice, Krzywcza, Chyrzyna, Dynów, Dąbrowa Starzeńska itp.), spotkać można było na specjalnych przystaniach duże skrzynie z otworami, gdzie przechowywano żywy plon połowów. W Przemyślu tym fachem trudnili się zawodowi rybacy, którzy mieli swoje rewiry. W każdy piątek świeży towar dostarczano na Rybi Plac (dziś parking), gdzie nimi od wieków handlowano.

Reklama

Czółna rybaków

W zasadzie każdy rybak robił czółno dla siebie. Rybacy pływali przeważnie na czółnach sporządzonych z jednolitego pnia drzewa jodłowego długości 7 metrów. Mieściły maksymalnie trzy – cztery osoby i potrzebne do łowienia akcesoria, tj.  włok na całą szerokość Sanu lub na pół rzeki, sporządzony ze specjalnie mocnego sznura. Miał formę prostokątnej sieci po jednej stronie obciążonej ołowiem. Najczęściej łowiono ryby pojedynczo na krótszych łódkach za pomocą sieci kabłąkowych i koszy..

Piaskarze  

Bogactwem Sanu były nie tylko ryby, ale także żwir i piasek. Kiedyś wydobywanie tego wszystkiego było ciężką pracą, wykonywaną łopatami, szuflami, kilofami, a nawet gołymi rękami. Urobek nakładano do zakotwiczonych kryp (duża głęboka łódź o płaskim dnie).  Wydobywano go i składano na brzegu, gdzie przesiewano  na żelaznej grubej siatce. Zgromadzony w ten sposób materiał lądowano następnie do dużych skrzyń i konnymi podwodami przewożono do miejsc przeznaczenia.

Reklama

Okres prosperity miasta

Okres szczególnej prosperity piaskarskiej przypada na lata powstawania twierdzy i rozbudowy Przemyśla w XIX wieku. Intratne przedsiębiorstwa piaskarskie istniały mniej więcej do lat 30-tych XX wieku. Później profesja ta systematycznie zanikała i po krótkich czasie ponownego rozkwitu przestała niemal istnieć. Ciężka praca rąk nie wytrzymała konkurenci z techniką. Wydobywaniem oraz rozprowadzaniem piasku i żwiru zajmowały się całe rodziny zamieszkałe na Kmieciach: Liszkowie, Bilikowie, Blujowie, Sidorowie, Horwatowie.

Reklama

Rekreacja nad Sanem

Mieszkańcy miasta chętnie korzystali z plaży po obu stronach  rzeki przed I wojną światową i  w okresie międzywojennym. Jedni opalali się, inni korzystali z uroków wody. Obok kościoła  PP Benedyktynek znajdował się od 1925 r. port rzeczny, przy którym cumowała motorówka. Chętni korzystali z niej w celach turystycznych. W czerwcu 1929 r. otwarto przystań pływacką, a przy niej policyjny posterunek rzeczny z własną motorówką (posiadała sprzęt ratowniczy). Pobyt nad rzeką uatrakcyjniały łazienki (cywilne, wojskowe) przy brzegu, gdzie nie tylko zażywano tam kąpiele, ale również służyły za łaźnię.

Kopernikiem na piwo

Dawniej pływały po Sanie statki. Wysoki poziom wód wtedy umożliwiał poruszanie się po rzece małym statkiem parowym Kopernik (w 1852 roku zawitał pierwszy raz do Przemyśla), a później Wandy. Korzystano z niego, urządzając wycieczki w górę rzeki do Krasiczyna i do Jarosławia, a  nawet dalej. Jednym z celów tych przejażdżek było świetne piwo z krasiczyńskiego browaru księcia Sapiehy. W 1912 roku browar został wykupiony  od dotychczasowego właściciela (1890 roku otrzymał nagrodę na wystawie rolniczo-leśnej w Wiedniu medal srebrny za wyrób piwa). Wykupiła go firma Goetz z Okocimia. W czasie I wojny światowej – po poważnej dewastacji – browar zaprzestał produkcji. Na przełomie 1913/1914 r. Kopernik był zakotwiczony na Wilczu, skąd przybył z Sandomierza.

Reklama

Koniec Kopernika i Wandy

Kopernik, kiedy wybuchła wojna, Austriacy zamienili ten rzeczny stateczek na … pancernik i  po odpowiednim uzbrojeniu wszedł do walki. Niewiele jednak nastrzelał. Zatonął w pobliżu Jarosławia. Wanda kursowała dotąd, dopóki nie zmniejszył się stan wody w rzece. Kiedy było już tak płytko, że nie mogła się poruszać, odtransportowano ją gdzieś na głębsze wody – prawdopodobnie do Sandomierza.

Admirał Julcio

Atrakcyjnym przedsiębiorstwem jak łazienki na Sanie była też przez kilka lat w okresie międzywojennym „flotylla” czółen Julcia  Piękosia.  Jego port macierzysty znajdował się na lewym brzegu Sanu – powyżej kładki, na wysokości Domu Robotniczego. „Admirał” – tak go powszechnie nazywano – w sezonie letnim mieszkał w małym prymitywnym domku campingowym z łóżkiem.  Obok domku leżało, do góry dnem odwrócone,  czółno – służące jako wygodny fotel. Julcio był mały, niepozorny, nosił okulary, wyszarzały kapelusik na głowie i był postacią znaną w Przemyślu. Otoczony gromadą uczniów szkół średnich, młodzieży robotniczej i dzieci,  lubił gawędzić.

Reklama

Wypożyczalnia sprzętu wodnego

Firma Julcia była wypożyczalnią jednostek pływających oraz przechowalnią sprzętu sportowego. Do dyspozycji miał 12 czółen, które wypożyczał za opłatą 10 groszy na godzinę. Nie wszystkie były zawsze w ruchu. Uzależniał to aktualny stan techniczny i pogoda. Przed admiralską „rezydencją” wyczekiwano na powrót czółen by trochę w nich popływać. Piękoś najchętniej wypożyczał je tym, którzy umieli się z nimi obchodzić. Gdy miał dobry humor i gdy chciał, aby na Sanie było wesoło, pozwalał na korzystanie z lodek żółtodziobom. Pouczał ich wcześniej, jak należy czółnem pływać i z pełnym rytuałem wręczał niezbędny sprzęt: żerdzie, wiosła, czerpak.

Rzeczne niespodzianki

Pod prąd było łatwo manewrować czółnem, powrót zaś uzależniony był od przeszkód sytuacyjnych. Kiepscy wodniacy wpadali na liny kotwiczne łazienek wojskowych,  przy tym bardzo często łódź tonęła, a niefortunnych amatorów sportu wodnego wydobywali z wody saperzy obsługujący łazienki. Wszystkim przejażdżkom  towarzyszyło zawsze wiele śmiechów. Drugą przeszkodą  przy wjeździe do portu admirała były falochrony kładki.  Szybki nurt pchał na nie czółna i pasażerowie lądowali na deskach falochronów. Tłum zgromadzony na kładce gapiów udzielał rozmaitych rad, a tymczasem admirał podpływał flagowym okrętem i zabierał rozbitków pod swe opiekuńcze skrzydła. Poodwracali na brzeg przemoczeni i wystraszeni. Za zagubione rzeczy wyposażenia czółen trzeba było zapłacić.

Reklama

Klub towarzyski

Firma admirała Julcia Piękosia z powodzeniem zastępowała również klub towarzyski na wolnym powietrzu. Grano tam w szachy lub w karty albo po prostu dyskutowano. Największy ruch bywał w godzinach wieczornych. Po upalnym dniu przyjemnie było posiedzieć nad brzegiem rzeki. Tak więc na ławeczce lub odwróconym czółnie koło domku campingowego pana Julcia siadywali i gaworzyli rożni ludzie, wśród nich bardzo znani wówczas  mieszkańcy ówczesnego Przemyśla. Nieraz widywano Piękosia w rozmowie z posłem Stanisławem Łańcuckim, Teluchem, Beluchem, prof. Trelą, Burdą. Rozmowy przeciągały się zwykle do późnych godzin wieczornych.


JF
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama