Do tej pory był naczelnikiem Kancelarii Prezydenta Miasta Przemyśla, ale w przeszłości miał styczność z kulturą, bo był naczelnikiem Wydziału Promocji UM w Przemyślu, w którym zajmował się m.in. organizacją imprez tego typu. Jego akces do konkursu na dyrektora Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej niektórych nieco zdziwił.
Szefem instytucji, będącej pod kuratelą Urzędu Marszałkowskiego w Rzeszowie, został trochę „na raty”, bo pierwotnie konkurs wygrała kustosz MNZP Grażyna Figiela, ale ten został unieważniony, a Jan Jarosz powołany na to stanowisko poza konkursem.
Rozmowa z dyrektorem Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej Janem Jaroszem.
Dlaczego zdecydował się pan zgłosić do konkursu?
– Bo Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej jest wyjątkową instytucją. Począwszy od założyciela muzeum, czyli Kazimierza Marii Osińskiego, który bezinteresownie zaangażował się w budowę tego dzieła. Pracując w urzędzie miasta, miałem okazję zobaczyć, jak działa to muzeum, ale także jak funkcjonują inne muzea w Polsce. Miałem swoje przemyślenia, kilka fajnych pomysłów na usprawnienie placówki i kiedy pojawiło się ogłoszenie o konkursie, zdecydowałem się wystartować. Być może to pewna zuchwałość z mojej strony, ale oceniłem, że dam sobie radę[paywall].
To instytucja jedna z większych w mieście z dziesiątkami pracowników. Nie miał pan obaw, że sobie nie poradzi z takim molochem?
– Cały czas je mam, bo to olbrzymia odpowiedzialność. Majątek, którego zer trudno zliczyć. Praktycznie nie ma szans określić wartości wszystkich zabytków zgromadzonych w tym muzeum. Do tego dochodzi praca z dużą grupą ludzi. Cóż z tego, że mieszkamy w mieście, w którym wszyscy wszystkich znają. Wielu z tych ludzi to moi przyjaciele czy koledzy, których znam od dziecka. Wydaje mi się, że potrafię z nimi współpracować. Podczas pierwszego spotkania powiedziałem jasno, że jestem otwarty na wszelkie kontakty czy pomysły. Powiedziałem im, że szkoda czasu, energii i zdrowia na kwasy, bo zawsze można się dogadać. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Liczy się praca, praca i raz jeszcze praca.
Kulisy pana wyboru na to stanowisko były owiane mgiełką tajemnicy i pewnych niedomówień. Bo oto konkurs wygrała pani Figiela i ni stąd, ni zowąd został on unieważniony, a pan został dyrektorem bez rozpisania ponownego konkursu. U niektórych wywołało to niesmak...
– Pierwszy konkurs został unieważniony z powodu niedopełnienia przez dwie osoby formalności przy składaniu dokumentów. Jedną z nich byłem ja. Nie pogodziłem się z tą decyzją i napisałem do zarządu województwa prośbę o uzasadnienie. Potem zarząd wystąpił do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o powołanie mnie na to stanowisko bez przeprowadzania konkursu. Dlaczego? To pytanie nie do mnie. Nie będę się tłumaczyć z procedur. Czuję niedosyt, że nie mogłem przed komisją konkursową zaprezentować swoich pomysłów na funkcjonowanie muzeum. Opowiedziałem o tym dopiero na pierwszym spotkaniu z załogą, bo na to zasługuje.
Pojawiły się plotki, że w grę wchodziły względy polityczne. Że podobno za kandydaturą pani Figieli optował poseł Andrzej Matusiewicz z Prawa i Sprawiedliwości, a za pańską Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński. Co pan na to?
– W politykę się nie mieszam. Nie interesuje mnie to. Nie należę do żadnej partii. Nie angażuję się w życie polityczne. Zawsze do wszystkiego można dorobić ideologię. Moim najpierw marzeniem, a teraz zadaniem jest pokierowanie tą placówką tak, aby nie było – jak to mówią w Przemyślu – sztempu. Z mojej pracy rozliczy mnie Zarząd Województwa Podkarpackiego. Powiem tak: nie jest trudno powołać kogoś na jakieś stanowisko, ale znacznie łatwiej jest kogoś odwołać. Nie będzie postępu czy efektów, to piłka jest bardzo prosta.
Jaka jest pańska wizja muzeum?
– Mam wiele pomysłów, ale powiem o kilku najistotniejszych. Muzeum musi otworzyć się na ludzi! To ścisła współpraca ze szkołami, z dziećmi i młodzieżą. Chcę na to położyć bardzo mocny nacisk. Muzeum ma ratować, konserwować, prezentować zabytki, ale i edukować. Ekspozycje nie mogą obecnie funkcjonować bez multimediów. Nie rozumiem, dlaczego nie ma w naszym muzeum wi-fi, nie rozumiem, dlaczego na smartfona czy tablet nie można ściągnąć jakiejś aplikacji. Przecież zamiast makiety Przemyśla, która jest obecnie, można kupić stół multimedialny, na którym można zaprezentować nasze piękne miasto w trójwymiarze. Niemal codziennie na parking pod muzeum przyjeżdża kilka autokarów z zagranicznymi gośćmi. Nie rozumiem, dlaczego nikt z nich nie zagląda do muzeum. Przecież to kilka kroków. A nie zagląda, bo nawet nie ma tabliczki z napisem wejście. Nie ma nigdzie informacji, dlaczego warto wejść. A to przecież jeden baner. Być może to błahe sprawy, ale napędzające w dzisiejszych czasach koniunkturę. Musimy naszym ekspozycjom nadać atrakcyjność, która pozwoli na to, aby odwiedzający chcieli tu jeszcze wrócić lub nakłonić do odwiedzin znajomych. Nie rozumiem, dlaczego do tej pory nie można było zaopatrzyć się w bilety rodzinne. Jeśli rodzina liczy pięć osób i każdy musi zapłacić dziesięć złotych, to się zastanowi, czy wydać pięćdziesiąt. Powinna być ulga na wejście do trzech naszych budynków rozrzuconych w różnych miejscach miasta. Zaproponowałem, aby otworzyć kino letnie. Oczywiście nie będziemy puszczać westernów czy burlesek, ale filmy dopasowane do rzeczywistości. W piękną pogodę oglądamy na zewnątrz, w razie niepogody na sali konferencyjnej. A przecież to zupełnie bezkosztowe sprawy. Muzeum musi stać się atrakcją, wręcz marką turystyczną Przemyśla. Ważną dla mnie sprawą jest ubieganie się o dofinansowanie na digitalizację zbiorów. Nasze muzeum nie ma nawet dostępnego katalogu, czego można u nas szukać. A tu są przecież zabytki ogromnej wartości. Musimy wymienić sprzęt komputerowy, bo serwery nie wytrzymują. Nie mniej istotną kwestią są koszty, jakie pochłania muzeum i nie mam tu na myśli oszczędzania na ludziach, bo pracownicy muzeum zarabiają tyle, że wstyd nawet o tym mówić. Chodzi mi o ogromne kwoty związane z utrzymanie budynku. Za prąd płaci się tutaj koszmarne rachunki. Chciałbym pozyskać środki na fotowoltaikę, czyli zaopatrzyć budynek w panele słoneczne. Dach budynku jest do tego idealny. Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska może nam to w połowie dofinansować. Rozmawiałem już na ten temat z prezesem Adamem Pęziołem. To tylko kilka z wielu moich pomysłów. Chciałbym, aby nasze muzeum nie przynosiło wstydu marszałkowi województwa, ale przede wszystkim zależy mi na tym, aby dumni z niego byli mieszkańcy Przemyśla.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Panie Jarosz, cóż pan za fantastyczne super brednie opowiadasz ?!? Zachodzę w głowę jak taki architektoniczny koszmarek mógł zaistnieć w tak przepięknym mieście jak nasz kochany Przemyśl ?!?
Przemyślanie już są dumni z wieloletniego promowania przemyskiej kultury i turystyki.
bunkier pasuje w środku miasta do architektury zabytkowych kamienic ale stary budynek na rogu ulic ratuszowej i serbańskiej nie pasuje bo komuna go wybudowała a nie poplecznicy ówczesnego włodarza
Z wieloletniego urzednika miejskiego na dyrektora muzeum z aspiracjami !?!? to tylko na prowincji :)
Panie Jarosz, cóż pan za fantastyczne super brednie opowiadasz ?!? Zachodzę w głowę jak taki architektoniczny koszmarek mógł zaistnieć w tak przepięknym mieście jak nasz kochany Przemyśl ?!?
Przemyślanie już są dumni z wieloletniego promowania przemyskiej kultury i turystyki.
bunkier pasuje w środku miasta do architektury zabytkowych kamienic ale stary budynek na rogu ulic ratuszowej i serbańskiej nie pasuje bo komuna go wybudowała a nie poplecznicy ówczesnego włodarza