W ubiegłą środę (14 grudnia) w Komendzie Głównej Policji nastąpił potężny wybuch, na skutek którego komendant z niegroźnymi obrażeniami trafił do szpitala. Lekko ranny został też cywilny pracownik komendy.
Ze względu na miejsce i niespokojne czasy była to sensacja na miarę światową.
Już kilka godzin później z niepotwierdzonych informacji wynikało, że w gabinecie komendanta głównego wybuchł prezent, który kilka dni wcześniej, podczas wizyty w Ukrainie, dostał on od jednego z szefów ukraińskich służb. Sensacja do kwadratu i pożywka dla plotek oraz spiskowych teorii.
Dopiero na drugi dzień, po południu, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wydało oświadczenie w sprawie tajemniczej eksplozji w Komendzie Głównej Policji.
„O godzinie 7.50 w pomieszczeniu sąsiadującym z gabinetem Komendanta Głównego Policji doszło do eksplozji. Eksplodował jeden z prezentów, które komendant otrzymał podczas swojej roboczej wizyty na Ukrainie”.
Po takim komunikacie zostało tylko czekać, aż eksplodują następne prezenty. Tymczasem na newsa rzucili się dziennikarze i z różnych serwisów dowiadywaliśmy się coraz więcej. Z nieoficjalnych informacji wynikało, że był to ręczny przeciwpancerny granatnik, który ktoś odpalił. Prawdopodobnie zrobił to sam komendant, demonstrując prezent innym funkcjonariuszom.
Pocisk przeznaczony do przebijania kilkucentymetrowego pancerza czołgu trafił w podłogę, przebił ją i zawalił strop w jakimś bardzo tajnym pomieszczeniu ochrony komendy na parterze. Uszkodzone zostały też pomieszczenia powyżej, aż do drugiego piętra, gdzie jest gabinet komendanta. Musiało być niezłe buum.
W tym czasie na Kremlu z radości, że Ukraińcy tak załatwili sojusznika, strzelały korki szampana.
W serwisach pojawiały się kolejne newsy. Na przykład to, że po przewiezieniu komendanta do szpitala lecznica została zamknięta. Podobno szef policji wziął RPG do ręki i skierował w stronę drzwi pomieszczenia socjalnego w swoim gabinecie i wszystko wskazuje na to, że przez przypadek odpalił broń, nie spodziewając się, że jest naładowana...
W oficjalnym komunikacie Prokuratura Regionalna w Warszawie informuje, że
„Postępowanie prowadzone jest w kierunku czynu polegającego na nieumyślnym spowodowaniu gwałtownego wyzwolenia energii, które zagrażało życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach”.
Na tej podstawie można podejrzewać, że to komendant wyzwolił energię. Tu pojawiają się pytania i wątpliwości. Czy mógł wnieść na teren komendy taką groźną broń? Nie wiedział, że jest naładowana, ale to nie pistolet, tylko metrowa rura z bojową głowicą.
Żeby z tego wystrzelić, trzeba nacisnąć język spustowy, a instrukcja posługiwania się z bronią mówi, że palec wskazujący powinien być na osłonie spustu, który pociągamy dopiero w momencie podjęcia decyzji o oddaniu strzału. Czyżby komendant o tym zapomniał?
Zostawmy jednak komendanta, ma wystarczająco dużo kłopotów. Dziwi mnie jednak polityka informacyjna ministerstwa. Nie dość, że spóźniona, jak w przypadku rakiety koło granicy, to jeszcze bardzo niefortunne nazwanie RPG prezentem, który okazał się wybuchowym, było mistrzostwem świata. Nie wiadomo – śmiać się czy płakać?
A może by powierzyć sprawę Maciarewiczowi, który – jak wiadomo – jest znanym specjalistą od zamachów.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze