Dziś podejrzewa się, że rozprzestrzenianie koronawirusa spowodować mogły nietoperze, węże, szczury, a także laboratoria, gdzie ta zaraza miała być sztucznie stworzona. W XIX wieku takim „koronawirusem” była cholera – prawdziwy postrach Europy.

Pleban poucza wiernych, jak mają się ustrzec przed cholerą.
Pod koniec XIX wieku cholera zastała młodego wikarego Franciszka Żabę, kiedy swą posługę pełnił w Dubiecku. Wtedy to spowiadał chorych po kilkanaście osób z rana, po południu i w nocy. Po kilka trupów chował każdego dnia. Po jakimś czasie został samodzielnym plebanem w Grochowcach[paywall] – małej podprzemyskiej wiosce. Aby mu nieliczni parafianie nie wymarli, zawiadomił kogo należało. Przyjechał lekarz, zobaczył chorych, zostawił paczkę lekarstw i nauczył Franciszka, jak to wszystko ma stosować, a potem odjechał (Kuryer Przemyski 1897, nr 8).
Kiedy chory zaniemógł na cholerę, dostawał rżnięcia w brzuchu, wymiotów i mocnego rozwolnienia, pleban dawał mu przypisane leki. Leczony, owszem, przestawał wymiotować, ale brzuch mu zaczynał twardnieć i po kilku godzinach umierał. Widząc, że lekarstwo nie pomaga, kazał cierpiącym nieustannie ogrzewać brzuch kaszą. Po kilku godzinach zdrowie się nieco polepszało, ale nie na długo. Choroba w dalszym ciągu zbierała śmiertelne żniwo wśród mieszkańców wsi, a także w innych miejscowościach. Żaba wpadł wtedy na pomysł, by chorego rozbierać do naga i owijać go mokrą, a zarazem gorącą płachtą. Gdy stawała się ona już letnia – zmieniano na cieplejszą. W ten sposób dolegliwości jakoś ustawały, lecz także nie na długo.
Po tych wszystkich doświadczeniach wielebny doszedł do wniosku, że ta cała cholera musi powstawać na skutek oziębienia żołądka, ponieważ brakowało w nim cieplika. Jego brak miał powodować wymioty u chorego, które zawierały niestrawiony pokarm, a na dodatek cierpiał ogromny ból. Nie mógł tylko pojąć, dlaczego właśnie w czasie upałów przychodzi to oziębienie, a nadto, dlaczego w lecie nie czepia się ta cholera koni, krów ani świń.
Proboszcz obserwował też sposób odżywiania się mieszkańców wsi różnych stanów, tj. pożywienie i napoje. I wtedy doszedł do wniosku, że wszyscy ludzie, tj. biedni i bogaci używają soli kuchennej do różnych potraw, w tym do śledzi, ogórków, różnego mięsiwa itp. Gdyby jej nie podawano – tak rozumował – toby mięso zgniło. Skoro takie konserwujące działanie ma używana przez ludzi sól do niemal wszystkich produktów żywnościowych, to tak samo mogło się dziać w żołądku chorego na cholerę, gdzie to dochodziło do wstrzymania trawienia przez sól i chorobliwego fermentowania pokarmów, a tym samym do oziębienia żołądka – stąd te cholerne wymioty i biegunki oraz skurcze kiszek.
Swoje twierdzenia popierał także innymi przykładami. Otóż nieraz widział pleban na wsi, jak wrony, gawrony i długoletnie kruki dziobały jakieś mięso zdechłego kota lub psa. Ptaki w ogóle nie chorowały, ponieważ – tak wnioskował – mięso nie było solone. Zauważył również, że na cholerę umierają ludzie zwykle najbiedniejsi, którzy w swych chatach najczęściej posiadali do jedzenia sól, czosnek, cebulę, zboże, kapustę i kartofle. Dlatego biedakom zalecał pić czerwone wino (miało zobojętniać sól), a przede wszystkim jeść cukier, który miał wytwarzać cieplik i przyśpieszać prawidłowe trawienie w żołądku.
Pewnego chłodnego, czerwcowego dnia Żaba wybrał się w pole na spacer. Zauważył tam, że przy raptownym oziębieniu na listkach dojrzewającej już pszenicy pojawiły się rdzawe plamki. To zjawisko tłumaczył „naukowo” obniżoną temperaturą soków mineralnych w zbożu. Te spostrzeżenia porównał do cholery, kiedy to u chorych, z braku cieplika, występowało oziębienie żołądka i krwi, co utrudniało trawienie spożytych pokarmów.
Była to Wielkanoc – niedziela. Po nabożeństwie przyszli do plebana goście. Jedli gotowaną szynkę – wcześniej moczoną w zaprawie z solą. Kiedy goście wyszli, resztki szynki Franciszek pokrajał drobniutko i wyrzucił do swej niewielkiej sadzawki dla ryb. I poszedł do kościoła. Po mszy św. zobaczył mnóstwo wron koło stawiku. Podszedł bliżej i zobaczył tam… pływające zdechłe ryby. Wyciągnął kilka, rozkroił brzuchy – wszystkie ryby miały niemal czarne oskrzela i ikrę o brudnej żółci. Duchowny wywnioskował, że saletra, a szczególnie sól w szynce spowodowały oziębienie żołądka i tak już zimną krew ryb do tego stopnia, że straciły życie. Proboszcz wygłaszał po nabożeństwie swoje odkrycia „naukowe” wśród wystraszonych wieśniaków, by nie używali soli kuchennej, która powodowała powstawanie nie tylko cholery, ale również dżumy i czarnej ospy.
Gazeta Przemyska 15 lutego 1891 roku pisała na temat cholery: „Dzielnica zadżumionych. Przedmieście Garbarze, a szczególniej część takowego położenia pomiędzy Sanem i ulicą Czarneckiego, która przerzyna ul. Kopernika, tak jest zaniedbana (…), że w całej okolicy nie ma ani jednego kanału, mieszkańcy przeto wylewają pomyje i nieczystości na ulicę, która jest zarazem kloaką i śmietnikiem”. Ten sam tygodnik 30 sierpnia zanotował: „Jak wyglądają uliczki i place w żydowskiej dzielnicy! Ścieki. Różnymi odpadami organicznymi i kałem zanieczyszczone wydają fetory; nieczystości kloacze wylewają u nas żydkowie na ulicę; śmiecie wyrzucane z pomieszczeń leżą nieraz przez 48 godzin w kupach, których nikt nie sprząta; nawóz koński i mierzwa macerują się w skwarze słonecznym”.
Okazało się, że sól nie ma nic wspólnego z cholerą. Jako ostra i zaraźliwa choroba przewodu pokarmowego powstaje po spożyciu pokarmu i wody skażonej bakteriami produkującymi enterotoksynę. Jej przyczynę odkrył Robert Koch (lekarz, bakteriolog, uczony). Zapobieganie jej polega głównie na ochronie ujęć wody i jej oczyszczaniu, a także – podobnie jak przy koronawirusie – izolacji chorych, myciu rąk, owoców itp. oraz innych czynnościach higieniczno-sanitarnych.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze