Rozmowa z Marianem Ostafińskim (rocznik 1946) – złotym medalistą olimpijskim w piłce nożnej, reprezentantem Polski, wychowankiem przemyskiej Polonii.
A jest co wspominać…
– Oczywiście. Zwłaszcza, gdy przejdzie się ulicami mojego dzieciństwa: Kopernika, Bohaterów Getta, Rokitniańską, Sportową i zaglądnie na jeszcze istniejące podwórka, powracają wspomnienia z lat dzieciństwa i młodości.
Z podwórka przyszedłeś do sportu?
– Podwórko mojej młodości wychowywało, uczyło współpracy w grupie. W sporcie, a głównie w przypadku chłopców w piłce nożnej, dawało podstawy umiejętności piłkarskich, weryfikowało te umiejętności i nobilitowało do awansu do gry w klubie. Selekcja do klubu odbywała się właśnie tam, na podwórku. Kto ją przeszedł, grał później w klubie, kto jej nie przeszedł, zostawał podwórkowym graczem i czekał na sposobność.
Dla Ciebie tym klubem była przemyska Polonia.
– Tak, bo boisko przy ulicy Sportowej było blisko mojego miejsca zamieszkania. A poszedłem tak już z kilkoma umiejętnościami piłkarskimi, nabytymi na podwórku. Na podwórku grało się w „kapki”, piłką zrobiona ze starych pończoch czy „mitki”– zużytą piłeczką do tenisa ziemnego. Tam na podwórku uczyło się techniki i po takim „szkoleniu” trafiłem do juniorów Polonii. W niej trafiłem na Jerzego Miśkiewicza, który był moim pierwszym prawdziwym trenerem klubowym i który zawsze przypominał mi: Marian, pamiętaj, to ja byłem twoim pierwszym trenerem. I o tym pamiętam.

fot.Z prywatnego archiwum Mariana Ostafińskiego
Bułgaria – Polska (3:1, Stara Zagora, 1972 r.). Od lewej: W. Lubański,
H. Kostka, M. Ostafiński, A. Szymanowski, Z. Anczok, K. Deyna, J.
Wraży, J. Banaś, J. Kraska, A. Jarosik, Z. Szołtysik.
Oprócz Jerzego Miśkiewicza, kto miał jeszcze wpływ na Twoją piłkarską przygodę?
– Razem ze mną do Polonii przyszła, także z podwórek, spora grupa młodych piłkarzy. Tacy zawodnicy jak: Dzidek Gajewski, Kazik Mil, Janek Mamczak, Janek Szewczyk, Staszek Zieliński zaczęła szturmować pozycje starszych piłkarzy jak Mieczysław Szczurowski, Zbigniew Wydra, Zbigniew Klocko, Marian Piechnik, Edward Krajewski, że wspomnę tylko tych. Do tych starszych trzeba było mieć dystans. Do nich, my młodzi, na boisku i poza nim zwracaliśmy się przez „per pan”. Ci, którzy się buntowali przeciwko takiemu układowi, a ja do nich należałem, chcieli iść swoja drogą. Mnie w poszukiwaniu własnej drogi pomógł trener Michał Kraus. On na treningach poświęcał mi sporo czasu, uczył biegać, podawać i wreszcie zabierał mnie na szkolenie centralne, gdzie z ramienia PZPN opiekował się grupami młodzieżowymi. Wiele mu zawdzięczam.
Kiedy powołano Cię do wojska?
– W 1965 roku. W tamtych czasach wyróżniających się piłkarzy delegowano do klubów wojskowych. W województwie rzeszowskim takim klubem selekcjonerem były Bieszczady Rzeszów. Grając w nim można było być przeniesionym do Warszawy, Wrocławia czy Bydgoszczy. Ja zakończyłem służbę i grę w Bieszczadach, które wówczas połączyły się z Resovią. Chciałem grać wyżej, a że Resovia i Stal Rzeszów nie były mną zainteresowane wylądowałem w Stalowej Woli, gdzie menadżerem był Leszek Kałmuczak, kiedyś bramkarz przemyskiego Czuwaju.Jak zaczął się Twój kontakt z kadrą narodową?
– Po raz pierwszy do kadry narodowej seniorów zostałem powołany jako zawodnik Stali Rzeszów. Reprezentowałem Polskę ośmiokrotnie, w tym w najważniejszej dla sportowca imprezie Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku w Monachium.
Jakie to uczucie być mistrzem olimpijskim?
– Wygranie finału Igrzysk Olimpijskich z Węgrami 2:1 i złoty medal, jaki zawisł na mojej piersi, początkowo potraktowałem jako wygranie jakiegoś ważnego meczu, ale po przemyśleniach zdałem sobie sprawę, że jest to najważniejsze wydarzenie w moim piłkarskim życiu, ważniejsze niż medal na mistrzostwach świata. Z takiego medalu każdy sportowiec powinien być dumny. I tak jest w moim przypadku.
Twój najlepszy mecz w piłkarskiej karierze?
– W reprezentacji chyba zaliczyłbym mecz z RFN na wyjeździe, kiedy zremisowaliśmy 0:0. Z Jurkiem Gorgoniem nie daliśmy się zaskoczyć napastnikom niemieckim ani razu. Natomiast w lidze najbardziej utkwił mi w pamięci mecz Ruchu z Wisłą Kraków. Jako obrońca strzeliłem wiślakom dwie bramki.
fot.Z prywatnego archiwum Mariana Ostafińskiego
Złoci chłopcy z Monachium. W tle od lewej w górnym rzędzie: J.
Gorgoń, H. Kostka, K. Deyna, M. Ostafiński, J. Kraska, A. Szymanowski,
R. Gadocha, Z. Szołtysik. W dolnym od lewej: Z. Anczok, W.
Lubański, Z. Maszczyk, Z. Gut, L. Ćmikiewicz. Mistrzowie po latach na
pierwszym planie. W drugim rzędzie od lewej: wnuczka K. Górskiego,
D. Górski, K. Kmiecik, H. Kostka, J. Kraska, J. Marx, Z. Szołtysik.
W pierwszym rzędzie od lewej: Z. Anczok, fotograf, W. Lubański, M.
Ostafiński, dziennikarz sportowy S. Szczepłek, J. Gorgoń, L. Ćmikiewicz,
M. Szeja.
Czy dzieliłeś się swoim doświadczeniem i umiejętnościami po zakończeniu kariery?
– Jako trener próbowałem swoich sił w Wyzwoleniu Chorzów, Warcie Zawiercie, MKK Katowice, Dąbrowie Górniczej czy Polonii Bytom jako asystent trenera pierwszego zespołu oraz jako trener trampkarzy i juniorów. Ta ostatnia robota dawała mi najwięcej satysfakcji i teraz żałuję, że tej pracy z młodzieżą nie poświęciłem więcej czasu.
Skończyłeś z piłka, ale chyba z nią nie zerwałeś?
– Najpierw zostałem rencistą, a teraz już dosięgła mnie pełna emerytura, co pozwala mi czasem się leczyć. A piłka zawsze będzie moją największą przygodą życiową, wspomnieniem młodości, przygód pełnych przyjaciół, przeżyć. Czasem, przy okazji jakiegoś meczu na Śląsku, głównie w wykonaniu Ruchu czy Górnika spotykamy się, by przypomnieć siebie wzajemnie. Nie tylko w gronie piłkarzy, ale i byłych sportowców ze Śląska. To takie sportowe spotkanie „leśnych dziadków”.
Gdybyś ponownie zahaczył o Przemyśl, tak jak dzisiaj, to odwiedź naszą redakcję! Naczelny postawi kawę, a my pogadamy, bo wspomnień nie tylko tych z Przemyśla masz sporo i warto to sprzedać naszym Czytelnikom. Na razie życzymy Ci zdrowia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze