– Chce pan spróbować placka ziemniaczanego? – pyta pan Jan, gdy wchodzimy do kuchni schroniska dla bezdomnych, prowadzonego przez Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta. Jego prezes Henryk Hass nie ukrywa, że w schronisku są tacy mieszkańcy, których ciężko byłoby siłą do pracy zagonić. Ale są i tacy, którym robota pali się w rękach.
– Ci pierwsi wiedzą tylko, że mają się wyspać, zjeść i zapalić. Drudzy bez roboty nie wytrzymają, sami wymyślają sobie zajęcie – opowiada. Kilku mieszkańców pracuje na rzecz schroniska, kilku jest zatrudnionych „na zewnątrz”. Dwóch bierze udział w projekcie Caritasu, paru innych samemu znalazło sobie pracę.
Marian opiekuje się biblioteką. Lubi zbierać sztuczne kwiaty[paywall] i różne pamiątki oraz jeździć na pielgrzymki. – W zeszłym roku był w Rzymie. Sam uzbierał sobie pieniądze – mówi H. Hass.
Biblioteczne półki, oprócz książek, wypełniają puchary zdobyte przez mieszkańców w różnych zawodach sportowych. Dominuje tenis stołowy, wśród najwyższych lokat jest II miejsce w III Ogólnopolskich Mistrzostwach Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. Jest też III miejsce w mistrzostwach Polski w piłkę nożną.
Pracą z drewnem pasjonuje się Andrzej. Sprawnie operuje piłą, zajmuje się też rzeźbiarstwem. Jakiś czas temu założył również gołębnik. – Mam sześć par – mówi.
W kuchni dowodzą panowie Jan i Robert. – Chce pan spróbować placka ziemniaczanego? – pyta pierwszy z nich. Do placków będzie sos, a na pierwsze zupa pomidorowa z makaronem. Swoją pracę rozpoczynają o 4 rano. – Nie byłoby to konieczne, ale decyduje przyzwyczajenie. A po drugie, mam już 70 lat i lepiej funkcjonuję rano – przyznaje pan Jan. Najwięcej pracy mają do południa, kiedy trzeba przygotować śniadanie i obiad. Potem jest trochę czasu na odpoczynek.
Na śniadanie z reguły jest zupa mleczna, pieczywo, wędlina, konserwy. Obiad jest dwudaniowy, a na kolację zupa, której gotuje się więcej. W niedzielę jest bardziej świątecznie i wtedy na kolację jest coś innego: parówki, bigos albo fasolka.
Największe wyzwanie to przygotowanie świąt. – Kroimy około 15 kilogramów różnych rodzajów wędlin. Ludzie nam przynoszą ciasta. Pierogi kupujemy, sami robimy gołąbki, przygotowujemy rybę – wspomina pan Jan. – Wigilia jest najbardziej pracochłonna. Jesteśmy wtedy na szczególnym cenzurowanym, bo odwiedza nas metropolita. Mamy ambicję, żeby kolacja wypadła jak najlepiej – podkreśla.
Przed kilkoma laty towarzystwo za przysłowiową złotówkę otrzymało od miasta niszczejący budynek, zlokalizowany kilka ulic od schroniska. Po gruntownym remoncie stworzono w nim mieszkania chronione. Zamieszkało w nich trzech podopiecznych schroniska. Sami opłacają media, w schronisku korzystają ze stołówki, pokrywając koszty surowców. Dom zyskał imię św. Rafała Kalinowskiego. – Gdy weszliśmy do budynku, na półce stała w ogóle nietknięta fotografia Rafała Kalinowskiego. Stąd wybraliśmy takiego patrona – mówi Henryk Hass.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze