Reklama

Belfer, czyli rzecz o...

24/03/2015 16:24

Jean-Pierre Dopagne, belgijski dramaturg, przez piętnaście lat był nauczycielem francuskiego. Pasjonował się teatrem, a swoją karierę dramatopisarską rozpoczął od adaptacji sztuk Dario Fo. Prawdziwą sławę zyskał jednak w 1994 r., pisząc monodram Prof, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Belfer.

Któż nie miał w czasach szkolnych takiego pana „od czegoś tam”, ubranego w stary jak świat szary garniturek, jeszcze bardziej szary prochowiec, pana wyposażonego w atrybut wszystkich na świecie belfrów – skórzaną bezkształtną teczkę (nie żadną tam aktówkę-dyplomatkę, po prostu teczkę), w której przechowywane były notesy, zapiski, klasówki, drugie śniadania i wszystko, co mogło się kiedykolwiek do czegokolwiek przydać. Ów tytułowy Belfer, jak sam o sobie zwykł był mawiać, jest postacią dogłębnie tragiczną, świadomą bezsensowności wszystkiego, co robi z powierzoną mu trudną młodzieżą, równocześnie mający w uszach słowa ojca, małorolnego chłopa, który oddając go do szkoły z internatem, na pożegnanie szepcze mu na ucho, że nie ma piękniejszego i bardziej godnego zawodu niż nauczyciel. 


fot.Adam Erd
Monodram Belfer w wykonaniu Wojciecha Pszoniaka zakończyła owacja na stojąco. Aktor kilkakrotnie wywoływany był zza kulis.

Bardzo głęboki w wymowie tekst, stawiający wiele egzystencjalnych pytań, opisuje życie nauczyciela literatury w klasach dla tzw. trudnej młodzieży, gdzieś w bliżej nieokreślonym miejscu Francji. Na tę dwoistą naturę nadwrażliwca nakładają się wspomnienia znakomitego nauczyciela łaciny, dzięki któremu nasz bohater rozkochuje się w literaturze klasycznej. Belfer dla jego podopiecznych jest nośnikiem wszystkiego tego, co współczesna młodzież odrzuca, jako przejawu nikomu do niczego niepotrzebnego nudziarstwa. W czasach pędu do łatwej kariery, wielkich pieniędzy i medialnego blichtru roztrząsanie dylematów moralnych literatury antycznej czy sztuk Szekspira, wymagające po pierwsze przeczytania, po drugie zrozumienia, czyli zainwestowania pewnego wysiłku, jawi się jako kula u nogi. Belfer to antyczna tragedia w anturażu kina Hitchcocka. W kulminacyjnym momencie dramatu nasz Belfer wyciąga pistolet i na oślep zaczyna strzelać do uczniów. Zostaje aresztowany, a czas spędzony w celi przeznacza na rozmyślania. Z czasem dochodzi do szokującego, nawet dla samego siebie wniosku, że wcale nie czuje skruchy za popełnione wielokrotne morderstwo, wręcz przeciwnie jest z niego dumny! Zaskakującym zwrotem akcji jest moment ułaskawienia. Trybunał zwalnia Belfra z dożywotniego więzienia, pod warunkiem zmiany tożsamości zawodowej tytułowego bohatera. Ma on teraz pod eskortą policji podróżować od miasta do miasta ze spektaklem opowiadającym o swoim niecnym żywocie.

O sztuce wykonawczej Wojciecha Pszoniaka wypowiadać się można wyłącznie w superlatywach. Jest to jeden z najwybitniejszych polskich i francuskich aktorów, który w przeciwieństwie do swych młodszych kolegów nie korzysta z nagłośnienia, posługuje się nienaganną polszczyzną i niestraszne mu niedoskonałości akustyki sali. Przez ok. 90 minut spektaklu potrafi skupić na sobie uwagę widowni i nie jest to bynajmniej uwaga wymuszona konwenansem, lecz wynikająca z osobowości aktora. Znakomity spektakl, który – jak sądzę –jeszcze długo będzie wspominany przez przemyskich miłośników Melpomeny.
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama