Jean-Pierre Dopagne, belgijski dramaturg, przez piętnaście lat był nauczycielem francuskiego. Pasjonował się teatrem, a swoją karierę dramatopisarską rozpoczął od adaptacji sztuk Dario Fo. Prawdziwą sławę zyskał jednak w 1994 r., pisząc monodram Prof, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Belfer.
Któż nie miał w czasach szkolnych takiego pana „od czegoś tam”, ubranego w stary jak świat szary garniturek, jeszcze bardziej szary prochowiec, pana wyposażonego w atrybut wszystkich na świecie belfrów – skórzaną bezkształtną teczkę (nie żadną tam aktówkę-dyplomatkę, po prostu teczkę), w której przechowywane były notesy, zapiski, klasówki, drugie śniadania i wszystko, co mogło się kiedykolwiek do czegokolwiek przydać. Ów tytułowy Belfer, jak sam o sobie zwykł był mawiać, jest postacią dogłębnie tragiczną, świadomą bezsensowności wszystkiego, co robi z powierzoną mu trudną młodzieżą, równocześnie mający w uszach słowa ojca, małorolnego chłopa, który oddając go do szkoły z internatem, na pożegnanie szepcze mu na ucho, że nie ma piękniejszego i bardziej godnego zawodu niż nauczyciel.
fot.Adam Erd
Monodram Belfer w wykonaniu Wojciecha Pszoniaka zakończyła owacja na stojąco. Aktor kilkakrotnie wywoływany był zza kulis.
Bardzo głęboki w wymowie tekst, stawiający wiele egzystencjalnych pytań, opisuje życie nauczyciela literatury w klasach dla tzw. trudnej młodzieży, gdzieś w bliżej nieokreślonym miejscu Francji. Na tę dwoistą naturę nadwrażliwca nakładają się wspomnienia znakomitego nauczyciela łaciny, dzięki któremu nasz bohater rozkochuje się w literaturze klasycznej. Belfer dla jego podopiecznych jest nośnikiem wszystkiego tego, co współczesna młodzież odrzuca, jako przejawu nikomu do niczego niepotrzebnego nudziarstwa. W czasach pędu do łatwej kariery, wielkich pieniędzy i medialnego blichtru roztrząsanie dylematów moralnych literatury antycznej czy sztuk Szekspira, wymagające po pierwsze przeczytania, po drugie zrozumienia, czyli zainwestowania pewnego wysiłku, jawi się jako kula u nogi. Belfer to antyczna tragedia w anturażu kina Hitchcocka. W kulminacyjnym momencie dramatu nasz Belfer wyciąga pistolet i na oślep zaczyna strzelać do uczniów. Zostaje aresztowany, a czas spędzony w celi przeznacza na rozmyślania. Z czasem dochodzi do szokującego, nawet dla samego siebie wniosku, że wcale nie czuje skruchy za popełnione wielokrotne morderstwo, wręcz przeciwnie jest z niego dumny! Zaskakującym zwrotem akcji jest moment ułaskawienia. Trybunał zwalnia Belfra z dożywotniego więzienia, pod warunkiem zmiany tożsamości zawodowej tytułowego bohatera. Ma on teraz pod eskortą policji podróżować od miasta do miasta ze spektaklem opowiadającym o swoim niecnym żywocie.
O sztuce wykonawczej Wojciecha Pszoniaka wypowiadać się można wyłącznie w superlatywach. Jest to jeden z najwybitniejszych polskich i francuskich aktorów, który w przeciwieństwie do swych młodszych kolegów nie korzysta z nagłośnienia, posługuje się nienaganną polszczyzną i niestraszne mu niedoskonałości akustyki sali. Przez ok. 90 minut spektaklu potrafi skupić na sobie uwagę widowni i nie jest to bynajmniej uwaga wymuszona konwenansem, lecz wynikająca z osobowości aktora. Znakomity spektakl, który – jak sądzę –jeszcze długo będzie wspominany przez przemyskich miłośników Melpomeny.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze