Fundacja Unitatem, na świecie znana jako Poland Welcomes, niesie pomoc ofiarom wojny dzięki dobroczyńcom z całego świata. Ze Stanów Zjednoczonych, Australii, Wielkiej Brytanii. Ostatnio do Jarosławia przyjechał Clark Datchler, autor kultowego w latach 80. utworu „Shattered Dreams”, grywanego także obecnie w polskich stacjach radiowych. Artysta w domach fundacji nagrał sceny do wyjątkowego teledysku.
– Piosenka po 35 latach wciąż ma wartość i duże znaczenie. „Shattered Dreams” nigdy nie było powiązane z żadną akcją humanitarną – opowiada Kamil Prusinowski, członek zarządu fundacji Unitatem.
Specjalnie nagrany teledysk do słynnego przeboju pojawił się w internecie 4 listopada. Od tego czasu nagranie obejrzało kilka tysięcy osób. W opisie piosenki zamieszona jest strona internetowa, przez którą można wpłacać datki na rzecz fundacji.
Datchler przekaże także wszystkie dochody z transmisji strumieniowej i pobierania singla na cele charytatywne.
Nagrania to głównie kadry z Ukrainy, ale także z podjarosławskich domów fundacji. Zarząd liczy na większą pomoc finansową płynącą z całego świata, przede wszystkim w obawie przed zbliżającą się zimą.
Jest to tym bardziej ważne, bo po zamknięciu ośrodka recepcyjnego w Młynach pierwszym po przekroczeniu granicy jest dom fundacji w Radymnie.
Fundacja Unitatem pomaga kobietom i dzieciom z Ukrainy od około dziesięciu miesięcy. Remontuje niszczejące budynki i oddaje je dla potrzebujących. W modernizację zainwestowano około milion złotych.
W perspektywie, kiedy koszmar wojny się skończy, będą one służyć użyteczności publicznej. Fundacja zatrudnia Polaków na różnych stanowiskach, co stanowi pewien ukłon wobec lokalnych społeczności.
By utrzymać kilkaset potrzebujących, którzy bezustannie rotują, potrzebne są jednak kolejne środki. Trudno jest oczekiwać pomocy w tak trudnych dla Polaków czasach, dlatego Poland Welcomes swoje działanie kieruje na cały świat – współpracuje z międzynarodowymi organizacjami, mediami i darczyńcami.
Należało przekazać pałeczkę w sztafecie pomagania. K. Prusinowski zaznacza, że jest to istotne w zapobieganiu pewnemu problemowi społecznemu.
– Naszym celem jest to, żeby ludzie, którzy z jakiegoś powodu nie chcą jechać dalej, nie błąkali po ulicach – wyjaśnia.
– Nawet jeżeli zaopiekowanie się nimi jest wymagające dla lokalnej społeczności, to i tak jest to mniejszy wysiłek, niż jeśli byśmy się nimi nie zajęli.
K. Prusinowski wspomina ostatnią zimę, kiedy wolontariusze zabierali uchodźców wprost z ulicy.
Mówi o matkach z niemowlętami, straumatyzowanych nastolatkach, ale także o zdezorientowanej kobiecie, która przekroczyła granicę ekskluzywnym samochodem razem ze swoimi dziećmi. Była w rozpaczy, ponieważ nie wiedziała, do kogo zwrócić się o pomoc.
Padło pytanie: czy którejś z tych matek można odmówić pomocy?
Problem społeczny, o którym wspomniał wcześniej, objawia się także takimi wątpliwościami.
– To problem wielowątkowy. Na pewno jednym z wątków jest to, że historia polsko-ukraińska tutaj, na naszych terenach, jest szczególnie trudna. Drugi to ogólny kryzys i to, że ludzie po prostu nie mają pieniędzy. Kolejny to fakt, że wiele osób zwraca uwagę na to, że przybyli z Ukrainy nie mają tylu zobowiązań finansowych co przeciętny Polak. Trudno temu zaprzeczyć, jednak druga strona medalu to bagaż emocjonalny, trauma, którą przynieśli ze sobą z Ukrainy. Nie mają gdzie wrócić, całe ich życie legło w gruzach – tłumaczy Prusinowski.
Nie zaprzecza, że takie głosy da się słyszeć od lokalnej społeczności, ale też jednym z działań fundacji jest przekazywanie całego kontekstu – zapoznawanie Polaków z tym, co spotkało ukraińskich gości. Długofalowe zadania fundacji to także zadbanie o dobro podopiecznych na wielu płaszczyznach. Chodzi o pomoc w znalezieniu pracy i zarobku oraz, mówiąc najogólniej, nowego miejsca do normalnego funkcjonowania.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze