Przez wieki największym zagrożeniem dla siedlisk ludzkich były pożary. Zwarta i przeważnie drewniana zabudowa, szczególnie na wsi, oraz brak odpowiednich środków gaśniczych powodowały, że większość pożarów przeważnie kończyła się tragicznie. W okresie międzywojennym bardzo często dochodziło do podpaleń – głównie z powodu swarów międzysąsiedzkich i konfliktów narodowościowych. W 1925 roku czerwony kur w Nehrybce pojawiał u jednego z gospodarzy w sposób tajemniczy i dziwny. Dlatego tym tematem zainteresowała się lwowska „Gazeta Poranna” (nr 7569).
Nehrybka, cicha i spokojna wieś pod Przemyślem, od pewnego czasu stała się terenem dziwnych wypadków, które zaniepokoiły wszystkich mieszkańców. Źródłem tych lęków były kłopoty Piotra Serkizowskiego – gospodarza w tej miejscowości, pełniącego obowiązki dzierżawcy w majątku należącym do przemyskiego starosty Jana Porembalskiego. Otóż co kilka dni w zabudowaniach dzierżawcy wybuchał pożar, który udawało się jakoś w porę stłumić.
Zaniepokojeni o swój dobytek sąsiedzi, widząc coraz większe zdenerwowanie Serkizowskiego, poczęli go obserwować i pytać, czy czasem nie wie, skąd się biorą u niego tak częste pożary. Oczywiście w grę wchodziło tylko podpalenie. Dzierżawca wykręcał się, naiwnie tłumacząc to wszystko przypadkiem lub też nieostrożnym obchodzeniem się z ogniem.
Przyparty jednak do muru, wyraził wreszcie swoje zdanie w gronie zaufanych, że pożary są dziełem[paywall] jakiejś organizacji politycznej, która mieści się w przemyskim starostowie. Na dowód prawdy pokazał nawet listy z pogróżkami, które otrzymywał. W nich zawiadamiano go dokładnie, którego dnia i o której godzinie w jego zabudowaniach wybuchnie pożar. Rada w radę, postanowiono zawiadomić o tym Policję Państwową w Przemyślu przy ul. Dworskiego.
Rozpoczęto dyskretnie przeprowadzać wywiady wśród mieszkańców wsi, obserwując jednocześnie zabudowania Serkizowskiego. Jednak pożar wybuchł w zapowiadanym czasie, lecz sprawcy nie zatrzymano. Po jakimś okresie ludzie zaczęli przebąkiwać, że policji udało się wpaść na trop jakichś mścicieli, a tym samym sprawa zostanie ostatecznie wyjaśniona. Jednak było to tylko czcze gadanie.
W tym czasie nadszedł kolejny list do dzierżawcy, nadany z Przemyśla. Tajemniczy nadawca pisał w nim, że o ile Serkizowski nie odda w ciągu trzech dni 17-letniego swego syna Stefana, ucznia IV klasy gimnazjum ukraińskiego w Przemyślu, na stancję w mieście, to spłonie jego gospodarstwo. Szantażysta podał też dokładną datę i godzinę popełnienia przestępstwa. Dzierżawca i tym razem natychmiast zawiadomił o niebezpieczeństwie policję. Ona z kolei, czując swoją bezradność, poprosiła o wysłanie ze Lwowa do Nehrybki zdolnego detektywa, by wreszcie wyjaśnić tajemniczą sprawę.
8 października 1925 roku, o godzinie piątej po południu wystawiono czaty, aby udaremnić podpalenie, a jednocześnie schwytać sprawców. Przybyły jednocześnie ze Lwowa detektyw Rychlewski rozpoczął swą dyskretną pracę. Pomimo ustawionych czujek w oznaczonym dniu i godzinie w zabudowaniach dzierżawcy wybuchł jednak pożar, i to groźniejszy niż kiedykolwiek, ponieważ spłonął w jego domu pokój. Śledczy byli bardzo zaskoczeni takim obrotem sprawy, a na całą wieś padł blady strach. Tylko lwowski detektyw uśmiechał się tajemniczo i z nieskrywaną radością zawiadomił wszystkich, że szybko zlokalizuje przestępcę z imienia i nazwiska.
Zaledwie domownicy ochłonęli z przerażenia po stłumieniu pożaru, Rychlewski wszedł do mieszkania Serkizowskiego i z miną dobroduszną poprosił jego syna Stefana o pokazanie mu swych książek i zeszytów. Gimnazjalista na te słowa zbladł i drżącym głosem jął tłumaczyć, że wszystko się spaliło. Detektyw tylko pokiwał głową i spokojnie rozpoczął poszukiwania, które szybko uwieńczone zostały nieoczekiwanym skutkiem.
Książki i zeszyty znalazły się ukryte komórce, a przy tym dobrze zabezpieczone przed ogniem. Teraz sprawa potoczyła się szybko. Ostatni anonimowy list pisany był na wyrwanej ćwiartce papieru, która dokładnie pasowała do kartki szkolnego zeszytu Stefana.
Najciekawsze było jednak tłumaczenie się młodego 17-letniego młodzieńca – podpalacza własnego domu. Otóż przyznał się, że czynił to wszystko, chcąc terrorem doprowadzić do tego, by rodzice oddali go na stancję do Przemyśla, „gdyż w domu nim pomiatano i matka wraz z ojcem byli dla niego zbyt surowi”. Jednak na wsi uporczywie krążyła druga wersja – bardziej prawdopodobna, że zwyrodniały synalek miał w Przemyślu jakiś romans i chciał za wszelką cenę wyrwać się spod opieki rodzicielskiej, aby zamieszkać przy boku ukochanej.
Sprawcę licznych podpaleń aresztowano i osadzono w więzieniu, które miało swą siedzibę w Rynku (obecnie znajduje się tam starostwo). W gmachu tym znajdował się też sąd okręgowy. Nie wiadomo, jakie konsekwencje poniósł Stefan.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze