Reklama

Jeden wypadek, kilka dramatów. Wyrok w sprawie katastrofy w Leszczawie

22/06/2019 18:21

6,5 roku więzienia to wyrok dla Mykoły L., który doprowadził do tragicznego wypadku w Leszczawie Dolnej w sierpniu ub.r. Dla jednej z ofiar, wycieczka była prezentem urodzinowym, przyniosła śmierć. Kierowca wyjechał do pracy, trafił do więzienia. Jego rodzina również żyje teraz w trudnych warunkach finansowych.

18 sierpnia, Lwów, godziny popołudniowe. W trasę ruszają 3 autokary. Wszystkie wiozą turystów na wycieczkę do Wiednia i Budapesztu, ale tylko jeden – ten prowadzony przez Mykołę L. kieruje się na przejście graniczne w Krośniecku. Takie dyspozycje dostał od swojego szefa.

Tamara Palashchuk kilka dni wcześniej miała urodziny, a wycieczka była prezentem urodzinowym od męża. Chcieli jechać do Paryża, ale nie było takich ofert, więc wybrali [paywall]Wiedeń i Budapeszt. W domu został 4-letni syn. Siedzieli na fotelach w przedostatnim rzędzie z prawej strony.

Reklama

Wycieczka była prezentem, przyniosła śmierć

Na rozprawie wspominała, że autobus jechał bardzo szybko, a droga była kręta. W pewnym momencie usłyszała huk, krzyk pasażerów i poczuła, że autobus się przewraca. – Nie pamiętam ile razy, ale na pewno przekoziołkował – mówiła.

– Pamiętam krzyki, zapach krwi, ludzie krzyczeli i jęczeli. Mąż jeszcze żył, ale miał ściśniętą głowę przez półkę na bagaże – opowiadała. Przed nimi jechała Julia z mężem. Ona również została przyduszona. Tamara razem z mężem Julii próbowali ich wyciągnąć, ale nie dali rady. W pewnym momencie Tamara zauważyła, że mąż nie oddycha.

Reklama

Gdy przyjechało pogotowie i straż, prosiła, żeby wyciągnąć jej męża, krzyczała, że mają małe dziecko. Ratownik sprawdził puls. Na ratunek było już za późno. Tamarę zabrano do szpitala, a ona jeszcze długo miała nadzieję, że mąż żyje.

Do tej pory nie powiedziała dziecku, że tata nie już nie wróci. – On cały czas czeka i pyta o tatę. Chodzę z nim do psychologa, żeby go przygotować do przekazania tej wiadomości. Ojciec bardzo dużo czasu poświęcał synowi. Mały był z nim bardzo zżyty – mówiła.

Mąż był głównym żywicielem rodziny. Tamara też pracowała, ale po wypadku nie jest w stanie kontynuować pracy. Teraz ich sytuacja drastycznie się pogorszyła. Otrzymuje 1400 hrywien renty na dziecko. Ubezpieczyciel przyznał jej 2,5 tys. hrywien za śmierć męża, ale firma żąda przedstawienia dwóch zaświadczeń, że ona i syn są uprawnieni do nabycia spadku. – Nie robimy tego, bo jedno zaświadczenie kosztuje tysiąc hrywien. Z ubezpieczenia prawie nic by nie zostało – stwierdziła kobieta.

Reklama

Wyjechał do pracy, trafił do więzienia

Maria była na każdej rozprawie. Siedziała na sali i przysłuchiwała się. Gdy Mykoła L. szedł na ogłoszenie wyroku, czekała na korytarzu i pokazywała, że trzyma kciuki. Wcześniej kilka razy odwiedzała go w więzieniu. – Mówił, że nic nie mógł zrobić. On tego nie chciał. Pojechał do pracy, a trafił do więzienia – mówi. – Jemu jest przykro za to, co się stało. Nam też. Modlimy się za rodziny ofiar i za rannych. Wiem, że niektórzy do tej pory chodzą na rehabilitację – dodaje.

– Mąż myśli o tym non stop. Przez dwa miesiące był nie swój, ja takiego człowieka nie znałam. Był bardzo smutny, przeżywał to, nie spał. Po pół roku pojawił się uśmiech, ale wcześniej nie to był zupełnie inny facet – opowiada kobieta. 

Reklama

Kobieta sporo czasu spędziła w Polsce. Pracowała m.in. w Warszawie w jednym z hoteli. – Teraz przyjeżdżam tutaj tylko do sądu, na widzenia, do adwokata i do konsula do Lublina – mówi.

Sytuacja tej rodziny też nie jest łatwa. – Żyję z emerytury mamy i taty i babci, która ma 90 lat. Nie jest słodko, naprawdę. Starszy syn pracuje na budowie w naszym miasteczku. Zarabia grosze, a narobi się ciężko. Młody chłopak, chudy, skóra i kości. Na rękach żyły mu wychodzą. Ale pracuje, bo musi – opowiada.

Młodszy syn skończył szkołę, ona ze względu na zdrowie nie może wyjechać do pracy.

Reklama

Wprawdzie Maria i Mykoła są po rozwodzie, ale mężczyzna interesował się dziećmi, odwiedzał je, utrzymywał. – W zasadzie po rozwodzie nasze relacje były lepsze niż w małżeństwie – mówi. Na rozstanie zdecydowali się ze względu na różnice charakterów.

Powinien przewidzieć skutki

Mykoła L. pracował jako kierowca autokaru od ok. 6 – 7 lat. Do 2017 r. jeździł na trasach krajowych, a od stycznia 2018 r. – po międzynarodowych do Austrii, Włoch, Czech i Niemiec. W dniu wypadku zatrudniony był w firmie transportowej, która świadczy usługi dla biur turystycznych.

Reklama

Na rozprawie powiedział, że jest mu bardzo przykro i prosi o wybaczenie. – Co można było, zrobiłem. Jest mi bardzo szkoda ludzi. Proszę mi przebaczyć – mówił. Wnioskował dla siebie o 5,5 roku pozbawienia wolności.

Tamara i inni pasażerowie mieli zastrzeżenia nie tylko do kierowcy, ale i do pilotki, która ciągle wszystkich poganiała i powtarzała, że są spóźnieni i muszą ich dogonić (prawdopodobnie pozostałe autobusy). – Nie widziałam, żeby mówiła kierowcy, aby jechał szybciej, ale wprowadzała atmosferę pośpiechu, która udzielała się wszystkim – mówiła.

Reklama

Pilotka wycieczki na ławie oskarżonych się nie znalazła. Sąd natomiast przychylił się do żądania prokuratury i uznał Mykołę Ł. winnym. Skazał go na karę sześciu i pół roku pozbawienia wolności, 15-letni zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych w ruchu lądowym. Ma też zapłacić nawiązkę po 10 tys. złotych dla czterech pokrzywdzonych osób, a oskarżycielce posiłkowej (Tamarze Palashchuk) zwrócić 1680 złotych kosztów zastępstwa procesowego. Sąd zwolnił oskarżonego od ponoszenia kosztów sądowych.

Na poczet orzeczonej kary pozbawienia wolności sąd zaliczył oskarżonemu okres jego pobytu w areszcie, czyli od 18 sierpnia 2018 r. Wyrok nie jest prawomocny.

Reklama

Jako okoliczność łagodzącą sąd wziął pod uwagę, że Mykoła L. był dotąd niekarany, przyznał się do winy, przeprosił rodziny ofiar i zaproponował dobrowolne poddanie się karze. Za okoliczność obciążającą uznał natomiast stopień społecznej szkodliwości czynu i dwukrotne przekroczenie prędkości. Sędzia podkreślił, że nie znając trasy i jadąc nią pierwszy raz, kierowca powinien zachować wzmożoną czujność i ostrożność.

W wypadku zginęło wówczas 3 osoby w wieku 30, 31 i 55 lat, a kilkadziesiąt zostało rannych. Niektórzy ciężko.


fot.Paweł Bugira
Tamara Palashchuk na pierwszą rozprawę przyszła ze zdjęciem tragicznie zmarłego męża. Miał 31 lat. Maria (pierwsza z prawej) – była żona oskarżonego – była na każdej rozprawie. – Nie zostawię go samego – mówi.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    1235 - niezalogowany 2019-06-22 18:48:53

    Gdzie jest Krośniecko ?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama