Przemyślanin Marek Talacha udowodnił, że nigdy nie jest za późno, by sięgnąć gwiazd. Wytrwałość, ciężka praca i zdrowy styl życia – te 3 aspekty złożyły się na jego sukces w niezwykle wymagającej dyscyplinie sportu, jaką jest kulturystyka ekstremalna. Ma ogromne wsparcie rodziny – żony Joanny i synów Miłosza i Michała – a swoją postawą udowadnia wychowankom Domu Dziecka „Maciek”, z którymi pracuje, że nawet kiedy jesteś na życiowym zakręcie, możesz odmienić swój los, jeśli zaczniesz nad sobą pracować.
Marek Talacha z Przemyśla długo i wytrwale pracował na swój sukces, który udało mu się osiągnąć w wieku 45 lat. Ma na koncie trzy srebrne oraz jeden brązowy medal – to trofea zdobyte na krajowych i międzynarodowych zawodach w kulturystyce ekstremalnej (kojarzonej z postaciami braci Weider czy Arnolda Schwarzeneggera).
Wiele w życiu przeżył i z wieloma trudnymi sytuacjami się mierzył i zapewne również te doświadczenia ukształtowały jego silną osobowość. Przygoda z siłownią i fascynacja kulturystyką zaczęły się u niego w wieku 19 lat.
– To było na studiach. Studiowałem w Lublinie resocjalizację na wydziale pedagogiki specjalnej. Tam, jako jedynak wychowywany tylko przez matkę, musiałem się zmierzyć z samodzielnym życiem i wziąć się z nim za bary. Nie uważałem się wtedy za[paywall] zbyt atrakcyjnego chłopaka, brakowało mi pewności siebie i otwartości na ludzi. Pojawiły się w moim życiu różne problemy, więc zacząłem uciekać w alkohol i to bardzo ostro. Stąpałem po równi pochyłej – opowiada swoją historię, z której dziś nie jest może dumny, ale z tej lekcji potrafił wyciągnąć wnioski.
Punktem zwrotnym w życiu pana Marka był przyjazd do Przemyśla na wakacje, po 2. roku studiów. Tu zaczął się obracać w nie najlepszym towarzystwie, co skończyło się pobiciem i krótkotrwałą utratą pamięci.
– To był moment, w którym postanowiłem diametralnie zmienić swoje życie. Moje ścieżki naprostowała kulturystyka, właściwie mnie uratowała – mówi.
– Zacząłem od ćwiczeń na siłowni, na początku zupełnie nieporadnych. Uczyłem się wszystkiego krok po kroku. W krótkim czasie zrobiłem ogromny progres. Tak duży, że po powrocie do Lublina znajomi mnie nie poznawali. Inni myśleli, że biorę jakieś superśrodki, tymczasem to był wyłącznie efekt mojej determinacji i systematycznych ćwiczeń. Okazało się, że mam do tego predyspozycje – opowiada pan Marek.
Z czasem kulturystyka stała się jego sposobem na życie.
– Wyzbyłem się kompleksów, przestałem krępować własnego ciała i w końcu dobrze się w nim poczułem. Uwierzyłem w siebie, zyskałem poczucie własnej wartości. To sprawiło, że zmieniłem stosunek do świata i ludzi. Otworzyłem się na innych i odnalazłem swoje miejsce w społeczeństwie. Moja zmiana nastawienia do świata sprawiła, że zacząłem być zupełnie inaczej odbierany przez otoczenie. Jednym słowem wiele zyskałem i tak jest do dziś – podkreśla.
Po skończeniu studiów pan Marek podjął pracę w pogotowiu opiekuńczym w Przemyślu, które później połączono z domem dziecka. Dziś to Dom dla Dzieci „Jaś” przy ulicy Jasińskiego.
– Odnalazłem się w tej pracy i do dziś kocham to, co robię. Trafiłem na dzieciaki z problemami, które nie potrafiły się odnaleźć. Tak zwaną trudną młodzież w wieku 15 – 17 lat. Stworzyłem tym dzieciakom w placówce minisiłownię. Sprzęty typu sztangi, ławeczki, hantle otrzymaliśmy w ramach darów z Holandii. Jeździliśmy razem na ryby, na forty, spędzaliśmy wspólnie mnóstwo czasu – opowiada.
– Do dziś z wieloma z tych chłopaków utrzymuję kontakt. Dostaję od nich kartki, e-maile. Była między nami szczególna nić porozumienia. Sam nie byłem w młodości doskonały i popełniłem wiele błędów, więc chyba potrafiłem ich zrozumieć, a oni umieli się przede mną otworzyć. Wiedząc, że w życiu różnie się układa, starałem się z każdego z tych chłopaków wyciągnąć coś dobrego. I to procentowało i procentuje do dziś. Poradzili sobie w życiu i mam z tego ogromną satysfakcję – zwierza się pan Marek, nie kryjąc dumy ze swoich podopiecznych.
– Może wyglądam na osiłka, ale muchy bym nie skrzywdził – podkreśla.
– Miałem w życiu epizod, gdy pracowałem jako bramkarz w dyskotece. Ale mimo swojej postury nie bardzo się tam nadawałem – śmieje się. Bramkarze, by utrzymać porządek, czasem muszą użyć siły. Pan Marek wolał łagodzić konflikty.
Ostatecznie swoją pracę zawodową w domu dziecka postanowił połączyć z dodatkowym zajęciem powiązanym z jego pasją, czyli kulturystyką i został trenerem personalnym.
– Dziś robię to, co uwielbiam, razem z żoną, która podziela moją pasję. Otworzyliśmy wspólnie studio treningów personalnych. Joasia to wspaniała kobieta, bardzo mnie wspiera w tym, co robię, za co jestem jej wdzięczny. Znosi moje humory i głodówki w okresie przygotowań do zawodów. Dla kogoś, kto bardzo lubi jeść, a tak jest w moim przypadku, to naprawdę duże wyrzeczenie – podkreśla M. Talacha.
Jak staje się na podium?
Na zawodach kulturystycznych trzeba zaprezentować imponującą sylwetkę, widoczny musi być każdy mięsień. Trzeba zredukować tkankę tłuszczową, przy jednoczesnym utrzymaniu na dobrym poziomie masy mięśniowej. To wymaga intensywnej pracy i specjalnej diety redukcyjnej. Należy dostarczyć organizmowi odpowiednią ilość białka, stopniowo schodząc z kaloryki i obniżając poziom węglowodanów (kasze, ryże, makarony, ziemniaki, pieczywo) i tłuszczy (jajka, orzechy, awokado, oleje, nasiona, masło orzechowe). Wszystko odbywa się z aptekarską precyzją.
– Kluczem do sukcesu są przygotowania. Te najintensywniejsze trwają 12 tygodni przed startem w zawodach. Wiążą się z codziennymi pobudkami o 4 rano i porannymi, regularnymi treningami kardio, które zajmują średnio 30 – 40 minut. Ale w zasadzie przez cały rok narzucam sobie pewien rygor. Ważnym elementem są nie tylko treningi, ale przede wszystkim zdrowa, dobrze skomponowana dieta, która stanowi 80 procent sukcesu. Stosujemy ją razem z żoną. Jedynie dla dzieci gotujemy osobno, choć i one połknęły już sportowego bakcyla – cieszy się pan Marek.
Starszy syn Miłosz trenuje jujitsu. Ma już na koncie sportowe sukcesy, jak choćby kilkukrotnie wywalczone mistrzostwo Europy. Nie musiał czekać na nie tak długo jak tata, bo ma dopiero 18 lat.
Młodszy – Michał to energiczny 12-latek, który z zapałem trenuje piłkę nożną. Joanna i Marek są z obu synów bardzo dumni. Może któryś z nich podchwyci kiedyś ich zamiłowanie do sportów sylwetkowych.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.YOUTUBE.COM - WEGETARIANIE I WEGANIE - KULTURYŚCI SPORTOWCY OLIMPIJCZYCYOD URODZENIA BEZ MIĘSA! KULTURYSTYKA NA ROŚLINACH - VIVA.ORG.PL
Jaka w Tobie człowieku zazdrość. Ciekawe, czy Ty masz się czym pochwalić. Zapamiętaj " Im cięższa walka, tym wspanialsze zwycięstwo "
...panie Marku ostatnio jak popatrzyłem na zadek mojej świnki, to jakoś wydał się do pana podobny, też lekko opalony, też jakoś tak durno patrzył, normalnie jakbym pana face widział
pięknie !
YOUTUBE.COM - WEGETARIANIE I WEGANIE - KULTURYŚCI SPORTOWCY OLIMPIJCZYCYOD URODZENIA BEZ MIĘSA! KULTURYSTYKA NA ROŚLINACH - VIVA.ORG.PL
Pajac... Wielki skupczyk z Medyki....