W Galerii Sztuki Współczesnej (Kościuszki 3) czynna jest wystawa malarstwa Marka Mikruta, zatytułowana „Patrząc”. Ekspozycja jest kolejną z cyklu „Artyści z naszego podwórka”, który jest przeglądem twórczości artystów mieszkających w Przemyślu. Przed wernisażem poprosiłem autora o rozmowę.
W Przemyślu jesteś znany, jako autor akwareli, grafik, plakatów, ale chyba w mniejszym stopniu, jako malarz. Ta wystawa jest okazją, żeby poznać twoje malarstwo. Pełne emocji i żywych kolorów.
– Posługuję się kolorami z całej palety, do czego doprowadziły mnie wieloletnie studia z natury oraz analiza dzieł, które istnieją od tysięcy lat, jak również dzieł współczesnych, z którymi mam kontakt poprzez wspaniały nośnik, jakim jest internet.
Na swojej wystawie w pokazujesz martwe natury i pejzaże.
– Pejzaże są dla mnie niezmiernie ważne, bo nic nie daje mi tyle radości, co malowanie w naturze. Nie tylko samej radości, ale też takiego głębokiego przeżywania i doświadczenia czegoś, co absolutnie nie jest kreowane przeze mnie. Chodzi o temat, o zaistniała sytuację, w co niekoniecznie ingeruje człowiek, a przede wszystkim siła przyrody, natury. Kolor, który jest związany z przestrzenią. Niesamowite barwy nieba i chmur pędzone wiatrem.
Malowanie w plenerze to niemal wyprawa.
– Kiedy wybieram się na taką wyprawę, szykuję się jak żołnierz (śmiech). Rower, sakwy, przenośna sztaluga, blejtram, farby i jeszcze parę innych rzeczy. Dużo jeździłem po najbliższym terenie, wokół miasta. Często była to wielogodzinna obserwacja otoczenia, żeby znaleźć coś, co mi zagra w duszy. Wyobrażam sobie, jak, z jakiegoś miejsca może wyglądać wybrany widok, który mi odpowiada, jaka pora będzie najbardziej odpowiednia. Czasem się to nie sprawdza, ale nastawienie i emocje, które sobie zbudowałem, są takie mocne, że wystarczy wybrać parę metrów kwadratowych, ustawić sztalugę i oddać się przyrodzie. Potem wszystko to znajduje wyraz w namalowanym obrazie i zostawia mocny ślad w mojej pamięci. Jest to dla mnie tak mocne przeżycie, że nic w sensie artystycznym nie może się z tym równać. Wtedy myślenie jest wyłączone, a wszystko rozgrywa się podprogowo i jestem jakby maszyną, która musi zanotować wszystko, co sobie wyznaczyłem poprzez kompozycję i dobór koloru.
Jedną część wystawy poświęciłeś martwej naturze.
– Martwe natury to jest kwestia bardziej intelektualna. Chodząc, myśląc, zastanawiam się nad pewnymi zestawieniami kolorów. To tkwi we mnie. Zbieram materiały. Dla mnie atrakcyjne, ale najprostsze przedmioty, na przykład muszla, albo jakieś małe rzeźby. Łażę po tych ciuchlandach i szukam czegoś, co wykorzystam, budując martwą naturę. To też jest niesamowita przygoda, bo każdą martwą naturę buduję tak, jakbym budował pejzaż. Jest przestrzeń, którą można przemierzać wzrokiem. Zestawienia kolorów, zestawienia i tematyka wiąże się dla mnie z pejzażem w realu. Może są to klasyczne tematy, jak odpowiednia butelka z jakimś napisem, owoce, drobne przedmioty, dzbanki, które kolekcjonuję. Jest to zawężenie, i ukłon w stronę kultury ludzkiej. A zarazem malarskie, takie jak to, co zostało wypracowane przez malarzy w dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku i jest używane, jako pretekst, żeby pewne formy i pewne kolory ze sobą porównywać i komponować. W porównaniu z pejzażem tu element własnej kreacji jest bardzo mocny.
Oprócz pejzaży i martwych natur na wystawie są jeszcze dwa autoportrety, wyraźnie odbiegające od reszty obrazów.
– Oba powstały spontanicznie jakieś czterdzieści lat temu, kiedy z Krakowa przyjechałem do Przemyśla. Jeden, na tle szafy – bardziej wystudiowany, a drugi namalowany szybko, prosto. Teraz wyciągnąłem je z pawlacza i uznałem, że pasują do tej wystawy.
Na koniec zapytam jeszcze o tytuł.
– Usłyszałem kiedyś od mojego profesora: „mieć gały, to nie znaczy widzieć”. Dla mnie patrzenie jest najważniejsze, stąd tytuł – „Patrząc”.
Dziękuję za rozmowę.
Jacek Szwic
Wernisaż wystawy.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze