Kiedy powiedziałem znajomym, że wybieram się do Lwowa, dziwili się bardzo i pytali, czy się nie boję, bo przecież tam jest wojna. Nie chciałem grać bohatera, więc powiedziałem, że bywam tam często, mam wielu przyjaciół i na pewno dam sobie radę.

Poprzednim razem we Lwowie byłem jesienią ubiegłego roku, ale na wojnie czas płynie inaczej, więc byłem ciekaw, co się zmieniło. Granicę przekroczyłem w ostatni dzień czerwca. Dziwne wrażenie. Kilkaset metrów i jestem w innej rzeczywistości, choć na pierwszy rzut oka, tuż za granicą, nie widać tego, że w Ukrainie toczy się wojna. W marszrutce o dziwo nie ma tłoku. Po drodze mijamy ułożone na poboczu przeciwczołgowe jeże pospawane ze stalowych szyn. Im bliżej miasta, tym ich więcej, no i blok posty. Betonowe zapory, przy których kręcą się uzbrojeni żołnierze i które trzeba omijać slalomem. We Lwowie można odnieść wrażenie, że życie toczy się normalnie. Kursują tramwaje i trolejbusy. Na ulicach ludzie zajęci swoimi sprawami. Działają kawiarnie i restauracje, tylko więcej mężczyzn w polowych mundurach i młodych weteranów o kulach. Tu i ówdzie patriotyczne plakaty wzywające do walki z najeźdźcą, a dzieła graficiarzy przekonują, że bohaterowie nie umierają. Widocznie dawno nie wyłączali prądu, bo sprzed sklepów i lokali znikły spalinowe agregaty. Ktoś z zagranicy, nieznający realiów, mógłby odnieść wrażenie, że nie widać tu żadnej wojny, a Lwów to bezpieczne, spokojne miasto.
Z zachodniego dworca autobusowego jadę do centrum, bo umówiłem się ze znajomymi na Ormiańskiej w Caffe „Facet”. Oleg i Adriana już czekają. Co słychać? Co u was? Jak żyjecie? – Normalnie – odpowiada Oleg. – Alarmy są, ale nie tak często, syreny wyją przeważnie w nocy. Wtedy słychać, jak nasi strzelają do dronów albo widać przelatujące rakiety. Czasem bombią. Trzy dni temu nadleciały cztery drony. Jednego zestrzelili, ale trzy trafiły w budynek. Na szczęście nie było ofiar. – To było straszne – opowiada Adriana. Spałam twardo i nie słyszałam alarmu. Obudził mnie potworny huk. Kamienica się zatrzęsła. Zbudziłam syna i uciekliśmy do łazienki, bo tam nie ma okien i jest szczytowa, czyli bardziej bezpieczna ściana. W ogromnym strachu czekaliśmy, czy nie nastąpi drugie uderzenie. Rano dowiedziałam się, że trafili w rządowy budynek niecały kilometr od kamienicy, w której mieszkam – dodaje. Widać, że Adriana jeszcze mocno przeżywa tamtą noc. Na drugi dzień Maksym Kozycki, przewodniczący Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej, oficjalnie poinformował, że około godziny 5 rano Lwów został zaatakowany przez wrogie drony typu Szahed, które uderzyły w obiekt krytycznej infrastruktury. Były trzy trafienia. Uszkodzony został sufit między piętrami, wybite okna i wybuchł pożar. Nie było ofiar ani rannych.


Na drugi dzień pojechałem na Łyczaków, gdzie przy Miecznikowa jest największa i najstarsza nekropolia – Cmentarz Łyczakowski, stały punkt polskich wycieczek. Na samym początku znajduje się Pole Marsowe, cmentarz poległych w różnych wojnach. Kiedy byłem tu ostatnim razem, część terenu zajmowały dwie kwatery poległych od marca ubiegłego roku w walce z rosyjskim najeźdźcą. Nieco ponad sto grobów. Od tamtego czasu cmentarz rozrósł się do kilkunastu kwater. Chyba ponad tysiąc grobów w równych rzędach. Każdy grób z jednakowym solidnym oszalowaniem. Na każdym krzyż, kwiaty, tabliczka z datą śmierci i oprawione w ramki fotografie. Te zrobiły na mnie największe wrażenie. Najczęściej młodzi mężczyźni. Dwadzieścia, trzydzieści lat, w polowych mundurach albo po cywilnemu. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie dwie fotografie na jednym z grobów. Na jednej portret mężczyzny przed pójściem na wojnę, na drugiej ten sam mężczyzna, ale twarz zmieniona nie do poznania. Wychudzona i jakby starsza o kilkadziesiąt lat. Można się tylko domyślać, czy tak się zmienił w walkach na froncie, czy podczas pobytu w rosyjskiej niewoli. Nad każdym grobem powiewa flaga batalionu lub oddziału, w którym walczył poległy. Aż gęsto od różnokolorowych flag. Jedne z symbolami formacji, inne niebiesko-żółte. Wiatr łopocze nimi, tworząc barwną scenerię, zupełnie nieprzystającą do zadumy i powagi nekropolii, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Inny klimat, ale też ten cmentarz ma inne znaczenie. Ma przekonać, że bohaterowie nie umierają, tylko tworzą historię. Patrząc na to, przypomniałem sobie słowa piosenki „Czerwone maki”: „Bo wolność krzyżami się mierzy, historia ten jeden ma błąd”. Na końcu ostatniej kwatery czeka świeżo wykopany grób. Tutaj prawie codziennie jest pogrzeb. Po drugiej stronie ulicy, dokładnie naprzeciw Pola Marsowego, jest porodówka mieszcząca się w miejskim klinicznym szpitalu położniczym. Trudno o lepszy symbol tego, co się dzieje w Ukrainie?
Żeby trochę zmienić nastrój, wracam do centrum na kawę do „Ormianki”. Zwykle, w sezonie turystycznym ulicą Ormiańską ciągną tłumy. Jedna za drugą idą polskie wycieczki. Teraz raczej pustawo i nie słychać polskiej mowy. W kawiarnianych ogródka głównie miejscowi. Lwowiacy mają bardzo specyficzny humor i podejście do wojny. Ratują się żartem. Choćby takim: przychodzi Putin do wróżki i pyta o przyszłość. Wróżka patrzy w szklaną kulę i mówi: – Widzę Władymirowiczu, że jedziecie czarną limuzyną, a tłum macha radośnie. – Ja pewnie im też macham – wtrąca się Putin. A wróżka na to: – Nie, bo trumna jest zamknięta. Naprawdę obcemu trudno zrozumieć, co się tu dzieje. Wojna, a przy operze ustawiono potężną rzeźbę kolosa, który podtrzymuje ścianę budynku. Taka artystyczna instalacja, pewnie z jakimś przesłaniem. Ludzie przystają, robią sobie selfie. Nieopodal na pchlim targu nazywanym „wernisażem”, oprócz obrazów, makatek, wyszywanek i staroci, można kupić gipsowe popiersie Wołodymyra Zelenskiego, bardzo przypominające popiersie Juliusza Cezara. O papierze toaletowym i wycieraczkach z podobizną Putina nawet nie wspominam. O tym, że jest wojna, przypomina pomnik Adama Mickiewicza opleciony konstrukcją stalowych rur i zabezpieczony metalową siatką, worki z piaskiem przy zabytkowych obiektach i zabezpieczone płytami okna kościołów i cerkwi. Żegnam się ze Lwowem i wracam.


Pięć dni później, w czwartek rano, dzwoni Oleg. – Dzisiaj w nocy znowu bombili. W kamienicę u zbiegu Stryjskiej i Sacharowa trafiły rakiety kalibr. Są ofiary. Zaraz przyślę zdjęcia – obiecuje. Mer Lwowa Andrij Sadowy w oficjalnym komunikacie poinformował, że w wyniku nocnego ostrzału miasta zginęło dziesięć osób, a czterdzieści dwie zostały ranne, uszkodzono sześćdziesiąt mieszkań i ponad pięćdziesiąt samochodów. Mija 498. dzień wojny.
Jacek Szwic
Коли я сказав друзям, що їду до Львова, вони страшенно дивувались і запитували, чи не боюсь, адже там війна. Я не хотів вдавати героя, тому сказав, що часто там буваю, маю багато друзів і впевнений, що впораюся.
Востаннє я був у Львові минулої осені, але на війні час біжить по-іншому, тому мені було цікаво порівняти, що ж змінилось. Перетнув кордон в останній день червня. Дивне враження. Кілька сотень метрів - і я в іншій реальності, хоча, на перший погляд, одразу за кордоном не видно, що в Україні триває війна. На диво, маршрутка не була переповненою. Дорогою минаємо складені на узбіччі протитанкові їжаки, зварені зі сталевих рейок. Чим ближче до міста, тим їх більше, ну і блопости. Бетонні бар'єри, біля яких крутяться озброєні солдати і які треба об'їжджати слаломом. У Львові може скластись враження, що життя триває як зазвичай. Курсують трамваї і тролейбуси. На вулицях люди зайняті своїми справами. Працюють кав’ярні і ресторани, тільки більше чоловіків у військовій формі та молодих ветеранів на милицях. Подекуди патріотичні плакати, що закликають до боротьби з окупантами, а також роботи графіті-художників переконують нас, що герої не вмирають. Очевидно, вже давно не відключали струму, бо з магазинів та приміщень зникли дизель-генератори. У когось з-за кордону, незнайомого з реальною ситуацією, може скластися враження, що тут немає жодної війни, а Львів - безпечне і спокійне місто.
З Західної автостанції їду до центру міста, бо домовився зустрітись з знайомими на Вірменській в кафе “Фацет”. Олег та Адріана вже чекають. Що чути? Що в вас? Як життя? - Нормально - відповідає Олег. - Тривоги є, але не так часто, сирени виють переважно вночі. Тоді чути, як наші стріляють по дронах, або видно як пролітають ракети. Часом бомблять. Три дні тому прилетіли чотири дрони. Одного збили, але три поцілили в будинок. На щастя без жертв. - То було страшно - розповідає Адріана. Міцно спала і не почула тривоги. Пробудив мене страшний гуркіт. Будинок затрусило. Розбудила сина і ми втекли до ванної кімнати, бо там немає вікон і є подвійна, тобто більш безпечна стіна. З жахом ми очікували, чи буде другий удар .Зранку довідалась, що влучили в урядову будівлю, розташовану менш ніж за кілометр від будинку, де я живу", - додає вона. Помітно, що Адріана ще сильно переживає ту ніч. Наступного дня Максим Козицький, голова Львівської обласної військової адміністрації, офіційно повідомив, що близько 5 ранку Львів було атаковано ворожими безпілотниками типу "Шахід", які влучили в об'єкт критичної інфраструктури. Було зафіксовано три влучання. Пошкоджено перекриття між поверхами, вибито вікна та виникла пожежа. Жертв і постраждалих немає.
Наступного дня я поїхав на Личаків, де при вулиці Мечнікова є найбільший і найстарший некрополь - Личаківський Цвинтар, традиційний пункт відвідування для польських екскурсій. На самому початку - Марсове поле, кладовище полеглих у різних війнах. Коли я був тут востаннє, частину території займали ділянки тих, хто поліг з березня минулого року в боротьбі з російськими окупантами. Трохи більше сотні могил. Відтоді цвинтар розрісся до кількох десятків ділянок. Ймовірно, більше тисячі могил, розташованих рівними рядами. Кожна могила з однаковим масивним насипом. На кожній - хрест, квіти, табличка з датою смерті і фотографії в рамках. Вони справили на мене найбільше враження. Переважно молоді чоловіки. Двадцять, тридцять років, у військовій формі або в цивільному одязі. Особливо мене вразили дві фотографії на одній з могил. На одній - портрет чоловіка до того, як він пішов на війну, на іншій - цей самий чоловік, але його обличчя змінилося до невпізнання. Виснажене і наче на десятки років старше. Можна тільки здогадуватись, чи так змінився в боях на фронті, чи під час російського полону. Над кожною могилою майорить прапор батальйону чи підрозділу, в якому воював загиблий. Аж рясно від різнобарвних знамен. Одні з символікою підрозділу, інші - синьо-жовті. Вітер розвіває їх, створюючи барвисту картину, абсолютно несумісну із задумливістю та урочистістю некрополя, до якої ми звикли. Інша атмосфера, але й інше значення має цей цвинтар. Воно покликане переконати нас, що герої не вмирають, вони творять історію. Дивлячись на нього,пригадав слова пісні "Червоні маки": "Бо свобода вимірюється хрестами, історія має цю єдину помилку". В кінці останньої ділянки чекає свіжовикопана могила. Тут практично щодня відбуваються похорони. Через дорогу, якраз навпроти Марсового поля, знаходиться пологовий зал міського клінічного пологового будинку. Чи не кращий символ того, що відбувається в Україні?
Погруддя Зеленського та колос під Оперним театромЩоб трохи змінити настрій, повертаюся в центр на каву у "Вірменці". Зазвичай під час туристичного сезону на вулиці Вірменській постійні натовпи. Польські екскурсії йдуть одна за одною. Зараз тут досить порожньо і не чути польської мови. У кав'ярнях-садах сидять переважно місцеві жителі. Львів'яни мають дуже специфічний гумор і підхід до війни. Рятуються гумором. Хоча б таким: Путін приходить до ворожки і питає про майбутнє. Ворожка дивиться в скляну кулю і каже: - бачу, Бачу Володимире! Їдете на чорному лімузині, а натовп радісно махає. - Я, мабуть, теж їм махаю, - втручається Путін. А ворожка каже на то: - Ні, бо труна закрита.
Війна, а біля опери встановили масивну скульптуру колоса, що підтримує стіну будівлі. Така мистецька інсталяція, мабуть з якимось меседжем. Люди зупиняються і роблять селфі. Поруч, на блошиному ринку, якого називають "вернісаж", окрім картин, малюнків, вишиванок та антикваріату, можна придбати гіпсове погруддя Володимира Зеленського, яке дуже нагадує погруддя Юлія Цезаря. Про туалетний папір і килимки зі схожістю на Путіна навіть не згадую. Про те, що йде війна нагадує пам’ятник Адаму Міцкевичу, оповитий конструкцією зі сталевих труб і захищений металевою сіткою, мішки з піском біля історичних будівель і захищені дерев’яними плитами вікна костелів і церков. Прощаюся зі Львовом і повертаюсь.
Через п'ять днів, у четвер вранці, дзвонить Олег. - Сьогодні вночі знову бомбили. В будинок на перетині Стрийської і Сахарова влучили ракети калібр. Є жертви. Зараз надішлю фото", - обіцяє. Мер Львова Андрій Садовий в офіційному зверненні повідомив, що в результаті нічного обстрілу міста загинуло десять осіб, сорок дві отримали поранення, пошкоджено шістдесят квартир і понад півсотні автомобілів. Минув 498-й день війни.
Яцек Швіц
ZAPRASZAMY DO OPOWIADANIA SWOICH HISTORII, podsuwania ciekawych tematów, zaangażowania w problemy polsko-ukraińskie, konstruktywnej dyskusji.
Napisz do nas: redakcja@zycie.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze