Reklama

Wspomnienia Mariana Kisały z pierwszych dni wojny w Przemyślu

08/09/2019 19:21

– Mieszkaliśmy wtedy na Mickiewicza, pod numerem dziewiętnaście, a do szkoły chodziłem na Konarskiego. Kiedy kończyły się wakacje, wszyscy już mówili o wojnie, która lada dzień może wybuchnąć. Z okna naszej kuchni był widok na stację i patrzyłem, jak co chwilę przyjeżdżają i odjeżdżają pociągi z wojskiem.

Ojciec pracował na kolei w Żurawicy i opowiadał, że cały czas ładują pancerki na wagony. Przyznam, że to mnie bardziej interesowało niż szkoła, do której miałem pójść pierwszego września – zaczyna opowieść M. Kisała.

– Wymykałem się z domu i z kolegami pędziliśmy na dworzec, żeby z bliska zobaczyć żołnierzy. Miałem już przygotowane ubranko na rozpoczęcie roku szkolnego, ale w piątek, pierwszego września, wybuchła wojna i po mszy, zamiast pójść do szkoły, rozeszliśmy się do domów. W całym mieście było jedno wielkie zamieszanie. Ludzie wystawali pod sklepami, żeby zrobić zapasy żywności, policjanci chodzili po domach i coś sprawdzali. Na drugi dzień nad miastem przeleciał samolot. Jedni mówili, że[paywall] to nasz, ale policjant powiedział, że to niemiecki. Na ogrodzie za sądem na Konarskiego kopali rowy, w których mieli się chować ludzie. Ojciec wracał do domu na krótko, żeby się przebrać, wypocząć i opowiadał, że Niemcy są już pod Krakowem. Dwa dni później był pierwszy alarm. Wszyscy musieliśmy zejść do piwnicy. Dorośli martwili się i modlili, ale nam, dzieciakom, to się podobało – wspomina.

Pierwsze bomby

– Pierwszy prawdziwy nalot zaczął się kilka dni później (7 września – przyp. JS). Rano nadleciały trzy samoloty i rzucały bomby. Kiedy odwołano alarm, ludzie mówili, że jedna spadła na moją szkołę i kogoś zabiła. Koniecznie chciałem tam pobiec, żeby to zobaczyć, ale mama mi zabroniła i zagroziła laniem, jak wyjdę z domu – ciągnie opowieść. – Na drugi dzień znowu bombardowali i jedna bomba trafiła w kamienicę niedaleko od kościoła Reformatów, a druga w hotel przed dworcem (pasaż Gansa na dzisiejszym placu Legionów – JS).

Po południu wymknąłem się z domu i widziałem zburzoną kamienicę. Nawet szafy było widać w rozbitych pokojach na piętrze. Tego dnia ojciec powiedział, że będą bombardować dworzec i mamy się przenieść do jego znajomego na Dobromilską (dzisiaj Słowackiego – JS). Później już bombardowali codziennie. Ludzie opowiadali o zburzonych koszarach niedaleko naszej kamienicy i o zniszczonej parowozowni. Z naszego nowego mieszkania widać było dymy nad miastem. Ojciec już nie chodził do pracy, bo Niemcy podeszli pod Żurawicę i stamtąd strzelali z armat. Widziałem, jak w kierunku cmentarza jechało kilka wojskowych pogrzebów, a do szpitala przyjeżdżały furgony z rannymi. Od kopca stale słychać było serie z karabinów maszynowych, to nasi strzelali do niemieckich samolotów. Całe dnie musieliśmy siedzieć w piwnicy. Wtedy chyba po raz pierwszy zacząłem się bać, że możemy zginąć – mówi.

Reklama

Pierwszy Niemiec

– Już nie pamiętam, jak długo trwały walki. Mniej więcej po dwóch tygodniach w kierunku Dobromila odjechały ostatnie wozy z naszym wojskiem i w mieście zrobiło się cicho. W niedzielę (18 września – JS) poszliśmy z matką do kościoła. Wtedy zobaczyłem pierwszego Niemca. Stał na placu Na Bramie koło motocykla, na którym był karabin maszynowy. Inni żołnierze stali obok kościoła i legitymowali ludzi. Mieli zupełnie inne mundury i hełmy. Po południu dowiedzieliśmy się, że wyłapują Żydów, a kilka dni później ludzie mówili, że ich rozstrzelali nad Wiarem. W dzień mogliśmy swobodnie chodzić po mieście, tylko nie wolno było się zbliżać do samochodów, które stały koło młynów przy Jagiellońskiej, gdzie paliła się synagoga. Ludzie gromadzili się przy słupach, na których były plakaty z niemieckimi zarządzeniami. Wtedy wróciliśmy do naszego mieszkania na Mickiewicza. W całej kamienicy od strony dworca wszystkie okna były powybijane i dowiedzieliśmy się, że stróż został ranny odłamkiem, kiedy gasił pożar w sąsiedniej kamienicy. Z tamtego czasu najbardziej zapamiętałem zniszczone kamienice i ludzi, którzy bardzo się bali.

Na tym kończą się wspomnienia Mariana Kisały, które zanotowałem w sierpniu 2017 roku, podczas jego krótkiego pobytu w Przemyślu. W 1944 roku jego rodzina przeniosła się do Mielca, gdzie Marian skończył szkołę podstawową i technikum. Następnie do emerytury pracował w zakładach metalowych. Zmarł w grudniu 2017 roku.

Reklama


fot.archiwum autora
JS
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama