58-krotny reprezentant Polski, trener reprezentacji Polski. Jako zawodnik dwukrotny mistrz Polski, czterokrotny brązowy oraz – co doskonale pamiętają starsi kibice koszykówki w Przemyślu – wicemistrz Polski w barwach Polonii Przemyśl (1995 r.). Potem trener m.in. ekstraklasowego Znicza Jarosław. Jeden z inteligentniejszych koszykarzy w historii polskiego basketu. Rozmowa z 59-letnim Dariuszem Szczubiałem.
Jak to się stało, że w 1994 roku przyjął Pan ofertę Polonii Przemyśl, która właśnie po raz pierwszy w swojej historii awansowała do ekstraklasy? Czy decydujący wpływ na tę decyzję miał fakt prowadzenia tego teamu przez doskonale Panu znanego Tomasza Służałka?
– Rok wcześniej, po odpadnięciu Stali Bobrek w pierwszej rundzie play-off, chciałem już zakończyć karierę. Jednak mniej więcej w połowie sezonu trener Baildonu Katowice namówił mnie do gry w swojej drużynie, walczącej o utrzymanie w ówczesnej drugiej lidze. Baildon występował tam na zasadach amatorskich, a jednym z naszych rywali była właśnie Polonia. Po zakończeniu rozgrywek zadzwonił do mnie trener Służałek, poszukujący nowych zawodników po wywalczeniu awansu i zaproponował grę w przemyskim zespole.
Czy wyniki Polonii w ekstraklasie były dla Pana zaskoczeniem? Wielu mówiło, że ta ekipa będzie walczyć jedynie o utrzymanie, a tymczasem popularne Niedźwiadki okazały się rewelacją rozgrywek, od początku znajdując się w ścisłej czołówce.
– Bez wątpienia naszym atutem było doświadczenie. Miałem już 37 lat, Justyn Węglorz był o rok młodszy, Wojciech Królik miał 34 lata. Chociaż byli[paywall] też młodzi gracze – Krzysztof Mila, Arkadiusz Miłoszewski czy Artur Olszanecki. Wiele wnieśli obaj Amerykanie, którzy prezentowali bardzo dobry basket. Warto przypomnieć, że Daryl Thomas zdobył kilka lat wcześniej mistrzostwo NCAA, co świadczy o jego klasie.
Niektórzy kibice Polonii uważali, iż zbyt długo na parkiecie przebywali starsi koszykarze, ich zdaniem spowalniający grę. Tymczasem mieli oni spory wkład w kolejne zwycięstwa.
– Tworzyliśmy taką mieszankę rutyny i młodości. Dużo kwestii mogliśmy ze sobą łatwo dogadać, także podczas samych meczów. Pod względem boiskowej inteligencji prezentowaliśmy wówczas wysoki poziom. Właśnie ta inteligencja i doświadczenie są w koszykówce niezwykle ważne.
Polonia awansowała do finału, gdzie jednak nie sprostała Mazowszance Pruszków. W końcówce pierwszej potyczki sędzia Wiesław Zych odgwizdał Panu bardzo rzadko spotykany błąd – przekroczenie linii rzutów wolnych. Czy porażka w tym meczu miała decydujące znaczenie dla losów rywalizacji?
– Ten nieszczęsny wolny to był jeden z elementów. Wówczas działy się cuda, bo dwukrotnie zabrano nam piłkę, gwiżdżąc w bardzo kontrowersyjnych sytuacjach ofensywne faule Nathanowi Buntinowi. Te zdarzenia złożyły się na utratę stosunkowo pewnego, jak na ostatnie minuty, prowadzenia i w konsekwencji pierwszą przegraną ligową we własnej hali. Na pewno powinniśmy wówczas wygrać. Porażka miała wpływ na przebieg kolejnych spotkań, stawiając Mazowszankę w korzystniejszym położeniu. Trzeba jednak powiedzieć, że pod koniec sezonu prezentowaliśmy się już nieco słabiej. W półfinale nie bez problemów wygraliśmy serię z Aspro Śnieżką Świebodzice. Być może dał znać o sobie zaawansowany wiek paru z nas.
Przemyscy kibice posądzali swoich niedawnych jeszcze ulubieńców o sprzedanie tych finałowych gier...
– Podchodziłem do tego z dużym dystansem. Mówiąc nieco żartobliwie, znajdowałem się już w takim wieku, że nikt nie powinien mnie oskarżać. W jedynym spotkaniu wygranym w tej rywalizacji finałowej zdobyłem 26 punktów, a przypomnę, że byłem odpowiedzialny przede wszystkim za kreowanie gry, a nie rzucanie. Łatwiej jest, gdy kibice przyzwyczajają się stopniowo do sukcesów, wszystko dzieje się krok po kroku. Tymczasem to był pierwszy sezon Polonii w ekstraklasie i od razu przyszedł taki wynik. Oczekiwania wielu fanów znacząco wzrosły, bo przypomnijmy, że przed rozgrywkami skazywano nas na bronienie się przed spadkiem. Kibicom wydaje się, że wszystko przyszło łatwo i przyjemnie, a tak wcale nie było. Zespół musiał powstać jakby od nowa – pewna grupa ludzi wywalczyła awans, po którym nastąpiły duże zmiany. Nie będąc jakimkolwiek faworytem, ten mocno zmieniony skład sięgnął po wicemistrzostwo Polski.
Czy to prawda, że działacze Polonii mieli zamiar kontynuować w kolejnym sezonie współpracę z Panem już nie w roli zawodnika, lecz trenera?
– Tak, ale wycofano się z tego pomysłu. Może czułem się wtedy trochę rozczarowany, jednak z późniejszej perspektywy uważam, że stało się dobrze. Wróciłem w swoje rodzinne strony i zostałem trenerem nowo powstałej ekipy Linodrutu Zabrze, który szybko wywalczył awans do drugiej ligi. Przez trzy lata mogłem tworzyć coś nowego, nauczyć się pewnych rzeczy, które okazały się przydatne w pracy z kolejnymi drużynami.
W trakcie sezonu 2008 – 2009 został pan trenerem Znicza Jarosław. Jak wspomina pan pracę w Jarosławiu?
– Z perspektywy sportowej bardzo fajnie. Uważam, że spadek Znicza z ekstraklasy w debiutanckim sezonie 2006 – 2007 był niezasłużony, ponieważ ta drużyna miała większe możliwości. Wyszedł wówczas brak doświadczenia na tym najwyższym szczeblu, choćby pod względem organizacyjnym. Niejako potwierdziło się to, gdy jesienią 2008 roku zacząłem pracę w Jarosławiu. Po spojrzeniu na kontrakty zauważyłem, że zwłaszcza obcokrajowcy byli przepłaceni. Szukałem Amerykanów, którzy pociągną grę. Udało się znaleźć trzech ludzi, którzy bardzo dobrze wywiązali się z tego zadania. Kiedy ten mechanizm zaskoczył, nasze wyniki uległy poprawie. Szybko jednak skończyły się pieniądze. Doszło do tego, że zawodnicy przestali trenować, Amerykanie pojawiali się w zasadzie tylko na meczach.
Przed kolejnym sezonem Znicz miał duże problemy organizacyjne, jednak udało się wystartować i osiągnąć najlepszy wynik w historii występów w ekstraklasie.
– Klub miał duże problemy z weryfikacją dokumentacji i otrzymaniem licencji. Kiedy w końcu udało się przejść przez te formalności, działacze mieli wątpliwości odnośnie startu w ekstraklasie. Uważałem, że skoro jest licencja, to warto podjąć się tego zadania, szukać możliwości. Skład był tworzony bardzo krótko przed startem ligi. W tym drugim sezonie kontrakty były już podpisane rozsądniej niż poprzednio. Generalnie wynik zdobyty na parkiecie okazał się sukcesem. Zaczęliśmy znakomicie, wygrywając z pierwszych sześciu spotkań aż pięć. Było to dla wszystkich zaskoczenie. Osiągnięte rezultaty dały nam duży komfort, bo w grudniu wiedzieliśmy, że praktycznie nie możemy już spaść z ekstraklasy. Znowu jednak pojawiły się kłopoty z finansami. Pomogło nam miasto, udało się spłacić zaległości wobec koszykarzy. Ten ostatni sezon został rozegrany za małe pieniądze i zamknięto go pod względem finansowym. Jeśli były jakieś zaległości wobec graczy, to najwyżej połowa ostatniej pensji – rok wcześniej ta kwestia wyglądała znacznie gorzej. Niestety, cały czas ciążyło zadłużenie z poprzednich lat, co stało się główną przyczyną braku udziału Znicza w ekstraklasie w sezonie 2010 – 2011.
Jak bardzo zmieniła się koszykówka od czasu, gdy występował Pan na parkiecie? Mam tutaj na myśli także rolę graczy na pana pozycji, czyli rozgrywającego.
– Dużym zmianom uległy metody treningowe, więcej uwagi przykłada się obecnie do motoryki. Poza tym znacznie łatwiej uzyskać informacje o rywalach. Różnica w tym zakresie jest kolosalna, bo w latach 80. poprzedniego wieku Polska nie zgłaszała klubów do europejskich pucharów, a reprezentacja brała udział praktycznie jedynie w eliminacjach i finałach Mistrzostw Europy. Poza tym sporadycznie graliśmy tylko jakieś turnieje, także w USA. Jednak zostawaliśmy w tyle za innymi krajami, nie wiedzieliśmy, w jakim kierunku zmierzamy – dowiadywaliśmy się o tym dopiero na Mistrzostwach Europy, czyli już nieco za późno. Teraz to wszystko jest znacznie bardziej otwarte. Wracając do motoryki, to jej poprawa wśród europejskich koszykarzy jest na tyle widoczna, że poprzez odpowiednią pracę trenerów od przygotowania fizycznego w coraz większym stopniu dorównują Amerykanom. Widać ogromny postęp pod tym względem, bo w latach 90. była jeszcze przepaść między USA a Europą. Jeśli natomiast chodzi o rozgrywającego, to nie zmieniło się zbyt wiele. Zawodnik prowadzący grę powinien być przywódcą. Bardzo ważne, aby miał odpowiednie umiejętności i był mądrym człowiekiem. To przywództwo polega na tym, że nie myśli o sobie, a najważniejsze jest dla niego dobro drużyny.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze