Szczerość jest wyzwalająca, a w kontekście choroby nowotworowej także oczyszczająca. Z psychoonkolog kliniczną Anną Świrk z Przemyśla, która doświadczyła jej na własnej skórze, rozmawiamy o tym, jak poradziła sobie z diagnozą i dlaczego walka z rakiem to maraton z przeszkodami, w którym jak tlenu potrzebujemy wsparcia drugiego człowieka.
Przeszła Pani nowotwór i leczenie onkologiczne 6 lat temu. Diagnoza spadła na Panią jak grom z jasnego nieba. Co się czuje w takim momencie?
– Najpierw był szok i niedowierzanie, potem pojawiło się pytanie, dlaczego ja, a na końcu decyzja, że chcę o siebie zawalczyć. Ucząc w szkole medycznej, doskonale znałam metody profilaktyki i wykonywałam samobadanie piersi, niestety nieregularnie.
Po 3 czy 4 miesiącach zaniedbania tego tak prostego badania wróciłam do niego. Wyczułam w piersi guz i wtedy wszystko się zaczęło. Dlatego dziś tak mocno podkreślam wagę samobadania. Może ono uchronić kobiety od dużych następstw ciężkiego leczenia.
Pani takie leczenie przeszła...
– Tak. Niestety miałam już przerzuty na węzły chłonne, zatem mam za sobą 3 operacje. W czasie swojego leczenia starałam się być aktywna. Po drugiej chemii, łysa, w chustce na głowie i czapce, zdecydowałam się wejść na Tarnicę. Miałam wsparcie w dzieciach, rodzinie, przyjaciołach. Dzięki temu pokonałam swoje słabości. Nie weszłam wtedy na Tarnicę, pokonałam tylko połowę drogi, ale po 2 miesiącach i podjęłam drugą próbę. I udało mi się. To był taki moment zwrotny, w którym psychicznie pokonałam chorobę, mimo że byłam jeszcze w trakcie leczenia. Oczywiście nie zawsze jest się na fali wznoszącej. Bywają trudne momenty i tak zwane doły. Wówczas najważniejsze jest nie zostać z tym samemu, szukać wsparcia innych ludzi. I przede wszystkim powiedzieć o chorobie otoczeniu – najbliższym, kolegom z pracy. Nie bać się mówić o niej wprost. Dziś najtrudniejsze już za mną. Nie mam podstaw, by się martwić. Staram się cieszyć życiem i czerpać z niego pełnymi garściami. Po prostu cieszę się, że żyję, że jestem tu i teraz.
W okresie zdrowienia zdecydowała się Pani skończyć studia psychoonkologiczne. Dlaczego?
– Mając na koncie tak trudne doświadczenia, chciałam w jakiś sposób pomagać innym chorym. Wesprzeć ich w tym najtrudniejszym okresie. Szczególnie, kiedy stają w obliczu diagnozy, bo to właśnie sam początek, pierwsze zderzenie się z informacją o chorobie, jest najgorsze.
Może Pani o sobie powiedzieć dziś, że jest osobą zdrową?
– Jestem praktycznie na końcowym etapie leczenia. Mam za sobą radioterapię i chemioterapię, a obecnie jestem przy końcu hormonoterapii. Dążę do pełni zdrowia, cały czas pilnuję badań profilaktycznych.
Z tematem nowotworów zdążyliśmy się trochę oswoić, bo nie ma chyba osoby, która bezpośrednio lub pośrednio nie dotknęłaby tej choroby, na przykład poprzez kontakt z osobą chorą. Można powiedzieć, że rak stał się chorobą cywilizacyjną...
– Owszem. Na szczęście dziś ta choroba nie musi oznaczać choroby śmiertelnej. Zmieniła się w chorobę przewlekłą, którą się leczy i którą można wyleczyć. Jeśli się to zrozumie i swoje siły skieruje nie na zamartwianie, tylko na działanie, mamy duże szanse na wygranie z przeciwnikiem. Warto zaufać lekarzom i medycynie konwencjonalnej, dając sobie szansę na zdrowienie i na życie.
Dziękuję za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze