Rosnąca liczba bezpośrednich spotkań z niedźwiedziami, a zwłaszcza tragiczna śmierć 58-letniej kobiety koło Płonnej w Gminie Bukowsko nakręciły medialną spiralę strachu przed tymi drapieżnikami, rozgrzały też media społecznościowe. Z jednej strony słychać głosy uwielbienia dla dzikiego zwierza, ba, nawet podziwu dla niego za zabicie człowieka, z drugiej ostre postulaty samorządowców odpowiedzialnych za bezpieczeństwo lokalnych społeczności. Trudno dziś o wyważone głosy w tej sprawie, warto jednak przywołać kilka faktów dla uspokojenia dyskusji.
W górach od zawsze niedźwiedź był postrachem ludzi. Często nazywali go „burym” lub też ze strachem mówili po prostu: „on”, nie chcąc używać nawet słowa „niedźwiedź”, by nie wywołać go z lasu. W 1560 roku, kiedy założono wieś Solinkę, władca karpackiej puszczy był bodaj największą udręką dla osadników. W lustracji królewskiej z roku 1565 czytamy „...acz tam jest miejsce dobre do osadzenia wsi, ale las wielki i niedźwiedziów dosyć, którzy ludziom sadowiącym się dobytek psują”.
Z czasem stały się one łowieckim rarytasem, bo do ostatniej wojny urządzano tu na nie polowania a do określenia ich liczebności w dzisiejszych Bieszczadach wystarczały palce dwóch rąk.
Sytuacja zmieniła się po ostatniej wojnie i wyludnieniu terenu. Ogromny wzrost lesistości sprawił, że doskonałe warunki do życia znalazło tu sporo gatunków dawno nieoglądanych. Pojawiały się też niedźwiedzie, które w ostatnich dziesięcioleciach mocno zwiększyły swoją liczebność i zasięg występowania na Podkarpaciu, co oczywiście przełożyło się na liczbę zdarzeń z ich udziałem.
Na Pogórzu Przemyskiem drapieżnik ten pojawił się już ponad 20 lat temu mocno raniąc grzybiarza w okolicy Birczy. Wciąż jednak były to zdarzenia sporadyczne, jeśli nie liczyć słynnego misia, który w styczniu 2010 roku siał strach wśród mieszkańców Przemyśla – grodu z niedźwiedziem w herbie! Prawdopodobnie pochodził on z ukraińskiej hodowli. Mimo starań doktora Fedaczyńskiego, by przywrócić zwierzę do natury, musiał zostać odłowiony i trafił do wrocławskiego ZOO.
Z kolei w marcu 2014 roku w Leszczawie na terenie Nadleśnictwa Bircza znaleziono niedźwiedzia uwięzionego za przednią łapę w pułapce wykonanej z linki, zastawionej prawdopodobnie na bobra lub wydrę. Zwierzę znajdowało się nieopodal zabudowań tuż przy brzegu rzeki Stupnicy. Z uwagi na fakt, że podejście do drapieżcy i jego uwolnienie bez uśpienia okazało się niemożliwe, trzeba było ściągnąć służby weterynaryjne.
– Zwierzę było mocno podenerwowane sytuacją i obecnością ludzi, po wystrzeleniu czterech nabojów usypiających wciąż szarpało się na linie
Reklama
– relacjonował wówczas z miejsca zdarzenia dr Andrzej Fedaczyński z Kliniki Weterynaryjnej „Ada”. Akcja uwalniania niedźwiedzia trwała długo, ale powiodła się i misiu odzyskał wolność.
Wiosną 2017 roku tropy niedźwiedzia obserwowane były pod samym Przemyślem, po lewej stronie Sanu, w lasach leśnictwa Średnia, gdzie dotąd nie były nigdy notowane. Rozwalił wówczas jedną z większych pasiek w miejscowości Ruszelczyce. 22 maja tegoż roku tropy różnych osobników stwierdzano w leśnictwach Korytniki i Bełwin, leżących także na lewym brzegu Sanu. Wówczas populację tego zwierza w całym regionie szacowano na około 200 osobników. Dziś mówi się o podwojeniu tej liczebności. I jest to kluczowy aspekt sprawy, bowiem drapieżnik ten musi mieć spore terytorium do życia, jeśli mu go zabraknie, migruje i sprawia kłopoty.
W ciągu minionych 20 lat odnotowano w regionie ponad 30 przypadków zranienia ludzi przez niedźwiedzie i dwa przypadki śmiertelne. Ten pierwszy miał miejsce w lasach koło Olszanicy 19 października 2014 roku, kiedy to zginął 61-letni mężczyzna. Wówczas jednak Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska wydał zgodę na eliminację sprawcy, zarządzono obławę, która wprawdzie nie dała rezultatu, ale uspokoiła nastroje, a na pewno wystraszyła mocno samego niedźwiedzia, który już nigdy nie dał znać o sobie.
Świadomość takich fatów powinna nam towarzyszyć zawsze, gdy zanurzamy się w las. Nie dlatego, by dygotać ze strachu, ale zachować czujność i zasady postępowania. Zwrócę uwagę, że nie zdarzyło się dotąd, by niedźwiedź zaatakował kogoś na szlaku turystycznym, zwłaszcza, gdy idziemy w większej grupie, słyszanej i wyczuwalnej z daleka, ani też w obrębie zwartej zabudowy, gdzie dość często drapieżniki już są obserwowane. Większość dramatycznych zdarzeń miała miejsce wiosną (okres wodzenia młodych i rui) oraz późną jesienią. Zazwyczaj ofiarami byli poszukiwacze poroży, zapuszczający się w dzikie ostępy samotnie. Skrajny przypadek nieodpowiedzialności miał miejsce w listopadzie 2023 roku w Bieszczadach, gdy dwaj ekoaktywiści chcieli zajrzeć do gawry. Dla jednego z nich skończyło się to dłuższym pobytem w szpitalu.
Dziś najważniejsze jest zachowanie dystansu i niezaskakiwanie niedźwiedzi. Większość z nich bardzo unika ludzi, jeśli tylko mają szansę nas usłyszeć czy wyczuć. Dlatego w pobliżu młodników czy miejsc z obfitym źródłem pożywienia, jak jagodziska i maliniska należy zwracać uwagę na otoczenie i starać się zachowywać tak, aby dać drapieżnikowi szansę oddalenia się. Nie zostawiajmy też śmieci ani resztek jedzenia nawet w zaparkowanym samochodzie. Psa zawsze prowadźmy na smyczy – biegając luzem może on rozjuszyć niedźwiedzia. Unikajmy też wycieczek po zmroku, wtedy bowiem drapieżniki są bardziej aktywne.
Na szlaku wędrujmy grupą, ta zazwyczaj jest głośna i widoczna z daleka, generuje też intensywniejszy zapach niż pojedyncza osoba. Jeśli zaś samotnie wybieramy się do lasu, np. na grzyby, możemy śpiewać, pogwizdywać, klaskać w dłonie czy używać dzwonka – taki hałas może odstraszyć niedźwiedzia. Wędrujmy po wyznaczonych szlakach i unikajmy fragmentów lasu z gęstymi młodnikami i zaroślami – tam często odpoczywają niedźwiedzie. Jeśli w plecaku mamy prowiant, szczelnie go zapakujmy, bo zapach jedzenia może zwabić drapieżnika.
I najważniejsze: spotkanie z niedźwiedziem w dzień na szlaku turystycznym wciąż jest wielką rzadkością, więc nie można dramatyzować z zagrożeniem z ich strony, jeśli oczywiście zachowamy zasady wyżej opisane. Problemem są osobniki zaglądające do gospodarstw i ludzkich osiedli, ale statystycznie, biorąc pod uwagę choćby interwencje GOPR, dużo większym zagrożeniem wciąż są wypadki samochodowe, zabłądzenia, ukąszenia kleszczy, żmij czy wyładowania atmosferyczne. Chodzę często po naszych górach i jedynie raz widziałem niedźwiedzia ze szlaku z dość bezpiecznej odległości. Natomiast wielokrotnie spotykałem je jadąc samochodem, zazwyczaj nocą. Oczywiście zawsze może się zdarzyć coś nieoczekiwanego, ale jeśli przestrzegamy zasad wędrowania, nie mamy powodu do paniki.
Edward Marszałek
Warto przypomnieć historię, która wydarzyła się w maju 2006 roku Bawarii. W tym bogatym i dość lesistym kraju zjawił się pierwszy od lat niedźwiedź brunatny (ostatniego zastrzelono w 1835 roku). Radość jednak trwała krótko – 23 maja rząd Bawarii zarządził obławę na misia. Zwierzę zostało oskarżone o zabicie siedmiu (!) owiec, a właściwie nie oskarżone, ale podejrzane, nikt bowiem nie stwierdził na pewno, że była to robota niedźwiedzia, ale zgodnie ze starą zasadą kryminalistyczną: Ten winien, kto mógł odnieść korzyść, przypisano mu siedmiokrotne morderstwo. Niemcy to państwo prawa, na domniemanego drapieżnika- zabójcę zarządzono więc obławę. Minister wprawdzie konsultował swą decyzję z ekologami z WWF, którzy zalecili odłowienie misia, jednak władza nie czekała – myśliwi zaopatrzeni w list gończy i strzelby wyruszyli w las. Wkrótce niedźwiadek zginął od kuli.
Może i u nas jest już najwyższy czas na rozumne zarządzanie populacją, jak robią to w Rumunii, Słowacji czy Japonii.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze