Powodów, dla których trafili do grupy rekonstrukcyjnej, jest wiele. To zainteresowanie historią, chęć oderwania się od codzienności i stania się członkiem sympatycznej wspólnoty, która ubarwia swoją obecnością życie miasta i okolicznych miejscowości oraz stawia na żywą edukację. Każdy odnajduje w Stowarzyszeniu Historyczno-Rekonstrukcyjnym Pasowa Róża z Jarosławia to, czego szuka oraz ma w nim swoją misję. O zabawie historią i energii, jakiej dostarcza, rozmawiamy z prezes organizacji – archeolożką, badaczką historii i popularyzatorką dziedzictwa kulturowego Podkarpacia Moniką Broszko, zawodowo związaną z Wojewódzkim Urzędem Ochrony Zabytków w Przemyślu.
Staracie się zaciekawiać przeszłością poprzez efektowne rekonstrukcje, stroje, widowiska plenerowe, angażujące warsztaty będące alternatywą dla zwyczajowego wkuwania dat i informacji z książek. I robicie to z sukcesem. Mimo że jesteście bardzo młodym stowarzyszeniem.
– Działamy od 2023 roku. A impulsem do założenia organizacji było nasze wewnętrzne przekonanie, że warto. Jako archeolog interesowałam się takimi stowarzyszeniami, a jeszcze w okresie studenckim sama w tego typu organizacji działałam. XVII wiek, bo głównie wokół niego się „kręcimy”, to czas, który można pokazać w rekonstrukcji historycznej.
Inicjatorkami działalności grupy rekonstrukcyjnej były kobiety...
– Tak, za tą inicjatywą stoję ja oraz dwie moje serdeczne koleżanki z Jarosławia: Milena Obłoza, na co dzień jest historyk archiwista, wielka pasjonatka historii, którą w swoim kręgu nazywamy specjalistką od królów i szczegółów z ich życia i Anna Janisz-Buczek, której zainteresowania krążą wokół mody historycznej. Świetnie się uzupełniamy i choć mamy różne charaktery, potrafimy stworzyć zgrane trio. Z czasem dołączyły do nas kolejne dziewczyny. Nie tylko z Jarosławia, ale też z Radymna. Mamy też w naszej grupie kilku panów.
Kobiety są bardziej otwarte na modę historyczną?
– Myślę, że tak. Mają też więcej odwagi, w tym, co robimy i chyba więcej chęci do poświęcania prywatnego czasu na taką pasję. A ta to nie tylko moda historyczna i rekonstrukcje. Mamy w stowarzyszeniu wielu pedagogów, zarówno tych nadal pracujących w zawodzie, jak i emerytowanych, którzy świetnie prowadzą warsztaty dla dzieci i młodzieży. Nazywamy je żywymi lekcjami historii. Staramy się przybliżać ją w atrakcyjny sposób, pokazując, że jest ciekawa i że można się nią fantastycznie bawić. W obecnych czasach, kiedy młodzież jest przebodźcowana internetem, to bardzo cenne i potrzebne.
Jaką formułę mają prowadzone przez was warsztaty edukacyjne?
– Bardzo szeroką. Pokazujemy, jak wykonywano kiedyś garnki, jak tkano i szyto stroje, dlaczego mają taką, a nie inną kompozycję i jak się zmieniały wraz z upływem czasu, jak w nich chodzono, co i na czym jedzono i wiele innych rzeczy. Prowadzimy z dziećmi i młodzieżą zajęcia historyczno-etnograficzne. Głównie w ciągu roku, ale w zeszłym roku były też zajęcia wakacyjne rozpisane na 12 spotkań organizowanych w naszej siedzibie przy Sobieskiego, gdzie przechowujemy część strojów i ogrom rekwizytów. Zainteresowanie nimi było bardzo duże.
W kręgu waszych zainteresowań jest głównie XVI i XVII wiek, ale nie tylko.
– W tych okresach się specjalizujemy, ale inspiracji szukamy też w średniowieczu, przez wielu często postrzeganym jako szare i nijakie, tymczasem było pełne kolorów. Jako że potrzebujemy zmian, po prostu zaczęłyśmy szukać inspiracji także w innych okresach historycznych. Ostatnio można nas było zobaczyć w Radymnie, gdzie przedstawialiśmy legendę o Tatarach, którzy najeżdżali nasze tereny w XVII wieku i o św. Wawrzyńcu, który cudownie ocalił miasto. Pokazaliśmy sceny batalistyczne, weselne, życie w podgrodziu... To przedsięwzięcie zrealizowaliśmy, korzystając z dofinansowania z samorządu województwa, w ramach konkursu „Mecenat Kulturalny 2026”.
Ile osób działa w stowarzyszeniu?
– Obecnie jest nas 25 osób, a z dziećmi będzie ponad 30. Wciągnęliśmy w naszą działalność sporo znajomych i członków rodzin. Stanowimy zgraną ekipę, każdy ma w stowarzyszeniu swoją misję do spełnienia. To osoby w różnym wieku, dlatego często młodsi uczą się u nas od starszych. Dzięki tej różnorodności jesteśmy w stanie robić razem świetne rzeczy. Jesteśmy ze sobą zżyci i czerpiemy z tej aktywności sporo dobrej energii. Działalność w stowarzyszeniu to dla nas odskocznia od codziennego życia, antidotum na stres, a bywa że i lek terapeutyczny. Może się to wydać banalne, ale bycie członkiem grupy rekonstrukcyjnej, gdzie każdą osobę obdarza się całkowitą aprobatą, jest niejednokrotnie kluczem do lepszego samopoczucia. To okazja do wyjścia do ludzi, otworzenia się na innych. Dwa, trzy razy w roku ogłaszamy nabory, ale sporo osób trafiło do nas pocztą pantoflową, za namową już będących w naszej grupie. Generalnie każdy, kto się w tym odnajduje, może do nas dołączyć.
Ważną częścią waszej działalności są stroje historyczne. Skąd je bierzecie?
– Mamy w naszych szeregach zawodową krawcową, która szyje nam wspaniałe stroje. Trzy inne osoby z naszej grupy z szyciem też radzą sobie całkiem nieźle, więc potrafią tworzyć własnoręcznie swoje ubiory. Samo szycie poprzedza tak zwana praca gabinetowa, czyli przesiadywanie przed ikonografią, obrazami, zdjęciami, rycinami. Tam szukamy wskazówek odnośnie epokowych ubiorów. Najczęściej są to stroje bardzo ciężkie, warstwowe, szczególnie te późnorenesansowe, w których wykorzystywanych jest dużo tkanych materiałów. Są też obszerne i najpierw trzeba się nauczyć w nich chodzić. Przy strojach XIX-wiecznych, bo o ten okres także zahaczamy, pojawiają się gorsety. Założenie ich i poruszanie się w nich też bywa wyzwaniem. Pojawiają się troczki, wiązania, haftki – to wszystko sprawia, że samo ubranie takiego odzienia nie jest wcale proste.
Wasze inscenizacje to nie tylko moda...
– Owszem, pokazujemy stroje, ale też życie codzienne, przedstawiamy ważne wydarzenia z historii. Rok temu mięliśmy na przykład dużą inscenizację w Zarzeczu pod nazwą „Czerwony żupan”, również dofinansowaną z „Mecenatu Kultury”. Napisałam do niej scenariusz, bo tym też się w stowarzyszeniu zajmuję. Ten etap poprzedza tak zwana kwerenda historyczna, czyli poszukiwanie materiałów i dokumentów odnośnie danej postaci. Potem rozrysowujemy z krawcową postać, czyli uzgadniamy, jak powinna wyglądać. Następnie robimy burzę mózgów, by każdy mógł podzielić się pomysłami co do danego przedsięwzięcia. Tak pomału wykluwa się ostateczna wersja. Nasze rekonstrukcje przeważnie są żywiołowe, nie brak w nich wybuchów, walk, śladów krwi.
Prawdziwa pasja potrafi skraść trochę czasu z życia prywatnego.
– Szczególnie, jeśli szykujemy duże widowisko, na ponad 100 osób, do udziału w którym zapraszamy też zaprzyjaźnione stowarzyszenia czy organizacje, jak na przykład chór dominikański z Jarosławia, radymniański chór Cantilena, Zespół Pieśni i Tańca Absolwenci z Jarosławia. Wszystko trzeba ze sobą zgrać, co wymaga od dwóch do trzech miesięcy przygotowań. Każdy wnosi od siebie tyle, ile może. Co więcej nikt nie otrzymuje zapłaty. Robimy to z własnej inicjatywy i czerpiemy z tego sporo przyjemności.
Dziękuję za rozmowę.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze