Zapiski 15 autorów związanych z mediami na Podkarpaciu znalazły się w wydanej właśnie książce pt. „Popiół i zamęt. Wspomnienia dziennikarzy”. O kulisach wykonywanego przez lata zawodu opowiadają, m.in. przemyślanie: Jan Miszczak i Zdzisław Szeliga.
„Zawsze pisaliśmy o innych, teraz napisaliśmy o sobie: o własnych sukcesach i porażkach, nadziejach i zwątpieniach. I o tym, co przeżywaliśmy, obserwując jak zmienia się region wraz z upływającym czasem” – czytamy w nocie od wydawcy. „Wielu z naszych kolegów z entuzjazmem włączyło się w nurt powojennej rzeczywistości. Z czasem ten entuzjazm słabł. Nasze poglądy ewoluowały w miarę jak początkowe ideały studziła szara rzeczywistość. (...) Te wspomnienia są ważne, bo są w nich osobiste przeżycia i emocje, oddany jest nastrój i klimat czasów, w których żyliśmy i które długo jeszcze będą przedmiotem badań i analiz publicystów i historyków. Tylko nas już nie będzie ...” – przekonuje wydawca liczącej ponad 350 stron publikacji.
W książce pod redakcją Józefa Abroziewicza, oprócz jego wspomnień znalazły się również zapiski: Adama Sochy, Jerzego Popowa, Jerzego Dyni, Ryszarda Niemca, Tadeusz Z. Drzewickiego, Janusza Klicha, Jana Miszczaka, Wojciech Furmana, Waldemara Bałdy, Ryszarda Zatorskiego, Zdzisława Szeligi, Bogusława Lasoty, Stanisława Rusznicy i Szymona Jakubowskiego.
„Było lato roku 1969. Skończyłem właśnie prawo na Uniwersytecie Jagielloński, wróciłem do rodzinnego Przemyśla i leżałem na tapczanie, czytając lokalny tygodnik „Życie Przemyskie”. W oko wpadła mi „ramka” z ogłoszeniem: „Redakcja zatrudni dziennikarza” – tak o swoich medialnych początkach pisze przemyślanin Jan Miszczak, wieloletni dziennikarz dawnego Życia Przemyskiego (obecnie Życia Podkarpackiego), Polskiej Agencji Prasowej oraz dziennika Nowiny. „Kiedy czytamy wywiady z różnymi ludźmi, którzy z reguły mówią, że do swego zawodu trafili przez „czysty przypadek”, zawsze wydaje mi się to swego rodzaju kokieterią. Można to najwyżej uznać za szczęśliwy traf” – przekonuje red. Miszczak, który chociaż był na aplikacji sędziowskiej ostatecznie nigdy nie związał się z Temidą, ale za to doskonale o niej pisał i wciąż to czyni. Jego znakiem rozpoznawczym stały się okraszone humorem, anegdotami felietony „Zza kratek”, które – jak często powtarza – przylgnęły do niego, niczym Kloss do Mikulskiego i ukazują się nieprzerwanie od 45 lat.
Inny, przemyski przedstawiciel mediów, Zdzisław Szeliga, sam siebie określający mianem dziennikarskiego mamuta, przyznaje, że w dzieciństwie nigdy nie marzył, ażeby zostać dziennikarzem.
„W głębokiej podstawówce udał mi się przypadkowo niezły numer” – dowodzi na łamach książki, o której mowa. „Pani nauczycielka zadała pytanie: „Kim chciałbyś zostać”; a jak nie podzieliłem oczekiwań moich kolegów (lotnikiem, milicjantem czy też kominiarzem) tylko odpowiedziałem, że chciałbym zostać rentierem. Akurat ciut wcześniej przypadkowo poznałem znaczenie tego zupełnie w tamtych realiach egzotycznego słowa. Rentier, czyli facet żyjący z kapitału, mogący robić to, na co mu przyjdzie ochota, superfucha. Dla pani nauczycielki było to obecnie określenie i natychmiast mnie obsobaczyła, że „taki mały, a już myśli o rencie”. Oj, jak chciałbym być dzisiaj rentierem” – przekonuje Szeliga, były dziennikarz, m.in. Życia Przemyskiego, Gazety Wyborczej, obecnie inspektor do spraw mediów w Starostwie Powiatowym w Przemyślu.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze