Są przesympatyczne. Kolorowe. Ciepłe, w różnych rozmiarach i kształtach. Świąteczne krasnale, o których Józefa Buksa mówi „dziady”. Zrodziły się z pasji. Bo od prawie 40 lat jest krawcową. Prowadzi przy ulicy Grunwaldzkiej 47 pracownię pod nazwą „Gracja”. – Robię je po pracy. Najpierw obowiązki, zlecenia, potem przyjemności. Bo to ogromna przyjemność uszyć takiego dziada – śmieje się.
W polskiej bożonarodzeniowej tradycji krasnali nie było. Moda na nie przyszła dopiero kilka lat temu. Skąd? Wszystko wskazuje na to, że krasnal przybył do Polski z Norwegii.
Święta w krainie fiordów to jarmarki, na których króluje wszechobecny julebruss (norweski słodki, czerwony, gazowany napój, przygotowywany na święta Bożego Narodzenia – przyp. aut.) i Julenissen (czyli św. Mikołaj). Tyle że to nie taki sam święty Mikołaj, co np. w Polsce.
Bo choć wizerunek[paywall] św. Mikołaja jako brodatego staruszka w czerwonym stroju zdążył się już zakorzenić w każdej europejskiej kulturze, poszczególne kraje próbują przemycić do tego obrazu choć trochę lokalnej tradycji. W Norwegii maluchy odwiedza Julenissen. W postaci krasnala!
Krasnal czy skrzat jako ozdoba świąteczna zapewne nigdy nie rozpowszechniłby się jako dodatek do bożonarodzeniowych dekoracji, gdyby nie prezentował się tak uroczo. Typowe cechy, którymi charakteryzuje się niemal każdy krasnal świąteczny, to podłużna, szpiczasta czapka, niewielki, lecz krągły tors, duży nos oraz długa, puchata broda.
Niektóre krasnale mają także zabawne, szklane oczka oraz długie, zwisające nogi. Dekoracje te mogą występować w różnych wzorach i kolorach, lecz z uwagi na to, że utożsamiany jest z nimi sam Mikołaj, bardzo częstym wyborem jest tu intensywna, świąteczna czerwień.
Do czerwieni pani Józefa wcale nie przykłada aż tak dużej wagi. Od dwóch lat tworzy świąteczne krasnale na własną modłę. – Pomysł zaczerpnęłam z internetu. Zobaczyłam takie krasnale, skrzaty i pomyślałam, czemu nie... Dlaczego ja nie mogłabym spróbować uszyć takiego dziada? – powiedziała J. Buksa.
– Inspiracje co do ich wyglądu przychodzą mi do głowy na zawołanie. Absolutnie nie zamierzałam niczego kopiować. Niczego nie robię hurtowo. Moje musiały być inne i chyba są. Sklepowe, robione hurtowo, nie podobają mi się. A do tego są drogie – stwierdziła.
Najmniejszy krasnal, jakiego do tej pory zrobiła, mierzy 30 cm. Największy prawie metr. Takie kilkuletnie dziecko...
– Zaczynam od nóg. Te robi się ze zrolowanych kartonów. Potem wszystko klei się klejem na gorąco. Wycinam następnie stopy i robię to samo. Słowem: najpierw musi być rusztowanie. Materiałem na ubrania są skrawki, które pozostają mi po szyciu na zamówienie. Ale kupuję też swetry za złotówkę w szmateksach i z nich tnę. W tym roku zauważyłam szał na zielone dziady. Szyję więc przede wszystkim w tym kolorze. Trzeba mieć cierpliwość, ale to bardzo wciąga – wyjaśniła.
Ile czasu potrzebuje na zrobienie prawie metrowego krasnala? Jakieś trzy godziny. Mniejsze zajmują mniej czasu. To naturalne.
O to, aby rozpropagować krasnale, gdzie tylko można, dba córka pani Józefy, Wioletta. – Mam swoją pracę, więc nie mogę spędzać przy szyciu zbyt wiele czasu. Pomagam mamie przy dekorowaniu tych skrzatów. Uważam, że to, co tworzy, warte jest pokazania. W zeszłym roku reklamowałam krasnale tylko wśród znajomych. Teraz pokazujemy je szerszej publice, bo są tego warte – powiedziała.
Pani Wiola uważa, że krasnale, skrzaty powoli zakorzeniają się w polskiej tradycji. Delikatnie pukają do naszych drzwi. Bo – jej zdaniem – wcale nie muszą to być ozdoby okolicznościowe. Na Boże Narodzenie i tyle.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze